Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział we Wrocławiu

Justyna Paluch

 

Urodziła się 4 grudnia 1975 roku we Wrocławiu, dokładnie 100 lat po narodzinach Rainera Marii Rilkego, co zupełnie nie ma wpływu na jej pisanie. Ukończyła Bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim, a obecnie pracuje w III LO we Wrocławiu jako nauczyciel i bibliotekarz. Prowadzi tam również Grupę Poetycką HURTOWNIA. Współpracuje na polu literatury i fotografii z Salonikiem Trzech Muz, tudzież innymi instytucjami. Drukowała w „Odrze”, „Akancie” i „Cegle”, jest laureatką kilku konkursów poetyckich.

prawa lewa blichtr

nabieram wody w lustro
instalacja naprawcza – ciało halo
potrzebuję swetra na żebra
dostaję słomę
fiszbiny miękną
uśmiechasz się do wieszaków
ubierasz lilię różę i te wszystkie słodkie idiotki
przejdzie jak nic
gdy tak patrzę obracam się
woda łasi się do oczu
z sukienek czytam niemieckie meble
ciepło mi z tym
będzie lato
w lustrze odbija się rozmiar
sukienka rośnie potem nabiera kości
wytnij i zawieś
wyciskam wodę z wiersza
najważniejsza jest sztuka nabierania

zobaczysz poznają nas

 

sza

po śniegu nie ma pamiątek
mizdrzy się but i wieniec
wieczór zszedł z wełną
na bezrymiu baranek motylek i panna
złorzeczą przez sen
wszystko przez Tel Awiw

wystarczy jeden numer i wokół pełne morze
Matuzalemy w nas piszą długie wiersze
nie umiemy śnić
mówię za siebie rzucam
kto w kolekcjonerstwie dopatruje się szaleństwa
tego zaszczekają

 

według Wittgensteina

w połowie koncertu sen jest płytki
bredzisz stawiasz kropki jednym haustem
wypijam słodki szejk lepki dżin
zdanie jest mieszaniną słów
próżnostki powtarzanki
zastajesz mnie gdy plotę jemiołę
wiosna skacze po dachach
twój zapach dochodzi z listu
pszeniczne źdźbło mości nam drogę
przez smutne baśnie Wiecherta
więc nie waż się puszczać do mnie oczka
przed lasem

 

pobieranie

szalikiem trzeba przykryć dekolt
skoro tego dnia nic nie robię
chłód schodzi z paznokciami idzie wiosna
pamięć to ser długo dojrzewający

zapomnieliśmy o choince
wszystko zaczęło się w styczniu
klap krew kałuża i gęste przebudzenie
a teraz mamy świergoty i trele
po każdym wyspaniu pobieram lekką ręką
zespoły cudzych idiomów
ładne pielęgniarskie słowo
argentyńska powieść bułgarski dramat
i polski pakiet-business
na wszelki wypadek

gdybyśmy mieli więcej pieniędzy
byłoby nas stać na siebie
tłukot za ścianą nadaje rytm świętom
powiedziałeś
mam pamięć fotograficzną
kable to nie wszystko
za mało wysiłku
biegnij

 

gdzieś już o tym czytałam

Polska przegrywa z Ekwadorem
jest czerwiec 2006
nie ma rewolucji
są tylko papierosy i przecinki
powiedział
i po raz kolejny obudził się z wiersza
kiedy śni się dzięcioł i fotograf
a wszystko w pierwszej osobie
rodzi się nowa epoka
której świadkiem nie będzie bohater twojego snu
tylko roczniki podejrzanie starsze od swoich matek
stabilizacja krzyczy przez skórę
zabierzcie ode mnie te oczy i widelce
a tu tak przestronnie i jasno
jak po drugiej wojnie

 

korzeń

trzy dni do końca roku
a sklepy już podpowiadają
dwa pierwsze postanowienia
lepiej się umyć i bardziej wyspać
alicja poddaje się temu jak nigdy
po cichu myśli co w jej domu mogłoby straszyć
a potem ze zdziwieniem obserwuje
we wszystkich notesach
nie swój charakter pisma
w jej historii nie ma niczego
co mogłoby szokować ani nadawać się na bestseller
ma to po przodkach
dlatego regularnie podcina korzeń
za każdym potknięciem czai się wiersz

 

alicja i paw

nosi w kieszeni grzyb albo herbatnik
inne warianty można znaleźć w łazienkach królewskich
ale to przecież żaden lunapark
wraca więc nad fosę innego miasta
gdzie od dawna leży śnieg
teraz śnią się jej podwodne psy
patrzy na to z góry
myśląc o kolorowych piórach pawia
wbrew pozorom czuje się świetnie

 

małe pestki

alicja stara się przetrwać zimę
zgniata kulki
potem trzyma je długo pod językiem
gorzki smak dodaje odwagi
po zmroku kiedy wychodzi
długo zaciska pięści
ten gest to przedłużenie
właśnie wtedy przymyka powieki
i bawi się płatkami śniegu
pod powierzchnią jej krągłości
powtarzają się dokładnie te same gesty

 

ci którzy umarli przynajmniej nie muszą się powtarzać

alicja nie chadza na pogrzeby
woli zahaczyć o byle jaki wieczorek poetycki
lub choćby nędzny film o indonezji
z łatwością wtedy wierzy w opowiastki
o trzygłowym wielorybie
grasującym po lesie osobowickim
chwilowo nie potrzebuje innych bodźców
na razie śpi i wydaje jej się
że wymyśla nową bajkę

koniunktura

pęcznieję jak kiełki rzeżuchy
w środku landszafcik
nie można nawet wrzeszczeć
a co dopiero kopać
szpitale mówią martwym językiem
czasem zachodzę do cudzych profili
a tam ręce w górze nad narodzinami
i wszystkiego dobrego potworkom
teraz tylko spokojnie czekać na kolejnego żołnierza
podczas gdy emerytury rosną
bezszelestnie


zabawy

to wczoraj synku to był Beethoven
dzisiaj mamy Doorsów
jutro podróż bez biletu
czarne amory teatry poeci
zobaczysz
spodoba ci się to piekło

Comments are closed