Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział we Wrocławiu

Tomek Kościelniak

Urodzony w 1983 roku we wrześniu. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim. Z poezją związany od kilku lat. Swoje wiersze prezentował w licznych konkursach, warsztatach oraz na antenie Polskiego Radia Wrocław. Obecnie studiuje nauki ekonomiczne i pracuje. Hobbystycznie zajmuje się gotowaniem i fotografią. Podróżuje. Nie znosi kanapek z masłem.

 

album

dziadek powtarzał że niedowidzi i chociaż
wcale go nie pamiętam
na zdjęciach zawsze wyglądał jak generał
budził do życia zegarki

zima odgryza mi dłonie
czytam z nich jak z gazety – zginął żołnierz
a myślałem że to ja dowodzę

nie umiem umrzeć jak skóra
prostym dziennym rozkładem
w albumie jestem jako syn
w mojej czuprynie siedzą wiersze i szable
krew ze śliną leje się po rękawie

 

* * *

mówię napisz
ulice znikają w krzywym mrozie
i nic się nie pisze
nie przebija twardego śniegu

w rogu kartki znika szminka
blednie płaski ukos różu
przecina dziecinne ł
amerykańskie v
łamie asteryzm twojej twarzy

twoje kropki
kończą się na kubkach smakowych

 

rozmowa

rośniesz na mnie jak obraz pęczniejący na ścianie
wnikasz w moje strychy i cichą skórę
kiedy znów czytam Bułhakowa

moja biel krzyczy
w kwiatach z parapetu rodzi się słodkie powietrze
wybieram grzeszki które zapadają w ciało
tak jak próżnia zapada w Ziemię

siedzimy cicho jakby sekundy
miały wybuchnąć w kontakcie

 

* * *

w pokoju jest duszno
wasze sandały nie mieszczą się w korytarzu

słucham was jak się słucha wiatru w górach albo dziewiątej
wasza bytność pachnie neutralnie
parzy mnie nagłym wdechem w przysadkę

podnoszę wzrok – woda w kranie cichnie
tylko na chwilę
kurz zdążył się naelektryzować
płyniecie na nim w głąb kurków
cichnę
mój zapach rozpuszcza szklane kulki w ubraniach
gnieździcie się tam jak mole

spojrzeniem zaparzam kawę
myśli topią się
jak drewniane łódeczki wpuszczone w prąd
220V zabija muszki owocówki
Pokątnie szukam powodu

 

port Paradip

znowu wchodzisz we mnie zbyt gładko
nie ma twardego mlaśnięcia otwartego złamania
ani podartych paznokci

popielniczki na podłodze jak zwykle rysują nam twarze
to hotel
nikt nie zbiera porozrzucanej bielizny więc
brniemy dalej w ten śnieg
w zastygły pod paznokciem deszcz
w którym siedzą twoje słowa

schody drwią z nas jak z kalek
ale tych z trzeciego świata tylko z brudem i ryżem
prowadzą w dół
poddajemy im się w pośpiechu

myśli strzepują się same z rękawa
składają się w Indie
nasz port Paradip późnym czerwcem

 

Comments are closed