Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział we Wrocławiu

Marta Kucharska

Ur. 22.05.1984, lekarz, prozaik. Publikowała w „Odrze”, „Akcencie”, „Studium”, „Pomostach”, „Latarni Morskiej”, almanachu Ziemie uzyskane i na łamach internetowej Przystani Biura Literackiego. Zwyciężczyni konkursu Dolina Kreatywna, organizowanego przez TVP2. Od niedawna żona i mama. Mieszka i pisze pod Wrocławiem.

7.
Mirabelka jeździ w kółko na rowerze, jeździ tak już piątą godzinę dookoła ratusza, niewielkiego, za to posiadającego zegar, nieproporcjonalnie duży, tym bardziej że nie na chodzie, i żelaznego kogutka na dachu. Ratusz ma ściany malowane w kolorze mydła, nie jest to żółty ani tym bardziej biel. Mirabelka jeździ w sukience w takim samym kolorze, którą zadarła do wysokości kolan – to z rozportartymi rękoma, to znowu kurczowo trzymając się kierownicy. Czasem patykiem rysuje po odrapanych ścianach kamienic stojących dookoła albo jeździ tak dookoła ratusza z półprzymkniętymi powiekami, że wszyscy dziwią się, jak można tak marnotrawić czas. Bo przecież Mirabelka ma swój rozum, ma swoje siedemnaście lat – i jeszcze ładnie śpiewa psalmy, tak że ksiądz chwali ją po każdej mszy, po każdym czerwcowym nabożeństwie, na którego koniec sypane są kwiaty, zmięte płatki piwonii i dzikiego bzu.
Więc mieszkańcy dziwią się. I ci, co siedzą w cukierni Pod Migdałem, gdzie tyją od lukrowanych pączków, torcików austro-węgierskich z wisienką na czubku śmietankowej górki, waniliowych i pistacjowych lodów polanych karmelem; i ci, co siedzą przed barem Jutrzenka, gdzie robią się coraz grubsi od ilości wypijanego piwa, coraz głośniejsi, tak że po jakimś czasie zawsze znajdzie się ktoś drapiący się po jajach, kto zacznie krzyczeć w stronę Mirabelki jakieś zbereźności, o laseczkach, dupkach i kurewkach. Na to jej błogie marnowanie czasu ze zdziwieniem obracają się nawet psy przebiegające przez wybrukowany plac – z podkurczonymi ogonami, z ochłapami skradzionego mięsa, trzymanego nerwowo w zaciśniętych szczękach.

8.
A pewnego dnia zdarzyło się tak, że Mirabelka nie jeździła sama, a z chłopcem, takim około dwudziestopięcioletnim, przystojnym, o kruczoczarnych włosach i dużych, piwnych oczach. A była to niedziela i wszyscy idący przez rynek do kościoła widzieli to i podejrzewali, co się święci, że Mirabelka nie zechce zejść z rowera i pobiec na mszę, by odśpiewać jeden z tych psalmów o pięknie przystrojonych liliach i wolnych, szybujących po nieboskłonie ptakach. I nie podobało się ludziom to Mirabelki zachowanie, jak ostentacyjnie trzymała nieznajomego chłopca za rękę i jak pozwalała, by ten, na zakrętach, zbliżał się do niej i całował jej brązową od słońca i ładnie wygiętą szyję. Zwłaszcza że chłopiec ten, prócz tego że był przystojny, miał fizys wyjątkowo łobuzerską – i jeszcze ta szara, dresowa bluza z kapturem, i buty ciężkie, skórzane, obite blachą, przykrywające łydki.
Jeździł za Mirabelką, wyprzedzał, to znowu robił ósemki, stojąc nogami na ramie, albo zjeżdżał po kamiennych schodach, jakie prowadziły sprzed drzwi ratusza, w kopczyk zmiecionych przez wiatr liści. Mirabelka natomiast śmiała się i coraz ładniej wyginała szyję, i jechała tak prościuteńko jak modelka, czasem udawała, że się obraża, zawracała i uciekała w przeciwną stronę do obranego wpierw kursu. Chłopiec gonił ją, a gdy zrównywali się, obejmował w biodrze, na co grube od pączków kobiety, idące do kościoła, klęły pod nosem: latawica, podczas gdy ich mężowie, na ogół źli, uśmiechali się z zazdrością. Bo każdy wiedział, że czy będzie się walić, czy palić, dla Mirabelki, która nie miała wcześniej chłopca, będzie to najszczęśliwszy okres w życiu. I drugiego takiego nie będzie.

9.
Chłopiec miał na imię Ariel i często zabierał Mirabelkę do cukierni, tam sadzał ją sobie na kolanach i karmił jak ślepego ptaszka – to słodką bezą, to naleśnikami nadziewanymi bananami i polanymi gęstą czekoladą. Mirabelka śmiała się jak mała dziewczynka, którą w gruncie rzeczy nie przestała jeszcze być, choć przez niebieską bluzeczkę prześwitywały małe piersi, a i nie raz ktoś złośliwy umiał się u niej dopatrzeć czerwonej plamki na spódnicy, w miejscu, gdzie, jak mówią kulturalni, kończą się plecy. Bywało, że robiła dzióbek z warg, w który wkładała zielony owoc winorośli, i tak przekazywała swojemu chłopcu, prosto do jego warg. Innym razem ktoś zauważył, jak malowała chłopcu palcem umaczanym w bitej śmietanie linie na policzkach, a potem zlizywała je różowym języczkiem, jak kotek. Oczywiście, że mieszkańcom nie podobało się, nawet tym, którzy do tej pory uśmiechali się z sympatią, to dłużące się i nienaturalne szczęście, przez większość z nich już zapomniane, i coraz częściej za plecami zakochanych słychać było złośliwe śmiechy.
Zdarzyło się też, że ktoś wyjątkowo zirytowany podszedł i kazał im przestać, i że tak nie wypada dziewczynie z dobrego domu, która śpiewa co niedzielę pieśni ku czci Matki Boskiej, puszczać się z jakimś łazęgą. Mirabelka rozpłakała się, wstała i zaciskając pięści, czerwona z żalu, powiedziała, że w takim razie więcej jej tu noga nie postanie. I tak się faktycznie stało. I nie widziano już nigdy więcej w cukierni Pod Migdałem dwojga niepoprawnie zakochanych, chłopca przystojnego jak Marlon Brando oraz siedzącej mu na kolanach siedemnastoletniej blondyneczki o długich, rozpuszczonych włosach i z kandyzowanymi wiśniami zamiast kolczyków w uszach. Co zresztą bywalcy przyjęli z nieukrywaną ulgą.

10.
Jeżeli chodzi o samą Mirabelkę, to owszem, pojawiła się jeszcze w cukierni, kilka lat później, ale już nie z chłopcem i bez tego blasku w oczach, który ją wtedy rozświetlał. Tak, pamięta, jak niektórzy mawiali wówczas, że zamiast oczu ma kropelki rosy, a inni, że pewnie dlatego, że popala z tym swoim łachudrą jakieś obcobrzmiące zioła i dlatego tak niepospolicie ładnie wygląda. Bo że Mirabelka wyglądała wtedy ładnie, nie mógł zaprzeczyć nikt, podobnie, że gdy jak kilka lat później przekroczyła próg cukierni, sieć zmarszczek na jej wysokim czole i dookoła ust oraz ogólna miernota fizyczna sprawiły, że zdawała się mieć kilkanaście lat więcej, niż faktycznie.
Część z tych, którzy ją wtedy widzieli w lokalu, stwierdziła, że zwariowała, inni, że oddała się w ręce diabła albo innej mocy nieczystej. Chuda, napuchła na twarzy, z popielatymi strąkami na głowie, w brudnych, opinających biodrówkach ze sztucznego materiału i w równie tandetnej koszulce, byłaby dla mieszkańców nie do rozpoznania, gdyby nie ten rower, różowy składak, na którym kiedyś robiła na rynku takie ładne spirale, i nie ten wisiorek na szyi, złoty medalik Matki Boskiej Ostrobramskiej, który przekazała jej umierająca babka.
Więc rozpoznano ją, zaczęto przekazywać sobie jakieś dziwne znaki. Mirabelka zdawała się nie zwracać uwagi na coraz głośniejsze szepty, a może faktycznie nie słyszała ich, choć pod koniec nikt już się nie krył i wybuchła niemal wrzawa, ktoś krzyknął: „i co, kurwo, nie ma już jedzenia wisienek z łachudrą?”, na co reszta zagrzmiała złośliwym śmiechem.
Wtedy Mirabela po raz pierwszy od kilkunastu minut, w czasie których rozglądąła się jak dziecko i mówiła coś cicho w sobie tylko zrozumiałym języku, ocknęła się jak wyrwana z transu, popatrzyła na mężczyznę i powiedziała: „nie ma”. Potem spojrzała na pana Romana, właściciela kawiarni, który stał za ladą, jak zawsze w białej, wyprasowanej koszuli i powiedziała: „nie ma”. Na koniec podeszła do grubej Bernadety, kelnerki, która biustem poddusiła już dwóch mężów, stąd znowu była rozwódką i jeszcze bardziej tyła, ale nie była w stanie powiedzieć już nic, do oczu nabiegły jej łzy, usta wykrzywiły się, jakby jadła cytrynę, i – jak kiedyś – tylko zacisnęła pięści i czerwona z żalu wybiegła.
11.
Historii, tłumaczących dlaczego Mirabelka tak bardzo się zmieniła i co się z nią działo, gdy wyjechała z miasteczka, było tyle, że gdyby je spisać, powstałaby całkiem sporej grubości książka albo scenariusz pod przynudnawą telenowelę. Jedno, co było pewne, to to, że nie była już ze swoim chłopcem, ale jak do tego doszło i co się potem z nią samą działo, tego nie wiedział nikt. Niektórzy mawiali, że chłopak zginął w tragicznych okolicznościach, inni, że jak na krętacza i łachudrę przystało, po prostu wykorzystał Mirabelkę i gdy spotkał ładniejszą, bogatszą, lepiej ustawioną, po prostu zostawił.
Co do samego dalszego losu Mirabelki opinie były niemniej sprzeczne, ktoś mówił, że z żalu została ćpunką, że nawet widział podobną na dworcowej ławce w mieście, do którego ponoć się przeprowadziła, ktoś, że prostytutką, jeszcze inny, że została wciągnięta do sekty, że bardzo możliwe, że sam chłopak należał do owej sekty, boże, ile teraz tego nieszczęścia się pleni. Mirabelka nic nie odpowiadała na te wszystkie domysły, nie przeczyła, nie komentowała, znów jeździła na różowym składaku dookoła rynku, ale już nie z tą gracją, raczej sztywno, jak ktoś chory na parkinsona, ze wzrokiem ślepo utkwionym w niedającym się bliżej sprecyzować punkcie, jakieś dwadzieścia centymetrów od czubka nosa, w punkcie, do którego doprowadziła ją pierwsza, świeża miłość. Za to przez swoje nieszczęście znowu zyskała w oczach mieszkańców, nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, niby święta męczennica – mężczyźni idący przez rynek kłaniali jej się, szeroko odłaniając łysiny chowane pod kaszkietami, kobiety wciskały jej do kieszeni a to razową bułkę, a to miękką, aromatycznie pachnącą mandarynkę. Ale Mirabelka nie należała już do tego świata.

Comments are closed