Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział we Wrocławiu

Warsztaty literackie „Sztuka Pisania”

Sztuka pisania

Warsztaty literackie

Warsztaty Literackie „Sztuka pisania” to kontynuacja projektu pod nazwą Pisarskie Forum Dzieci i Młodzieży, merytorycznie prowadzonego przez SPP Oddział we Wrocławiu w latach 2015-2016, w ramach ESK 2016, skierowanego do młodych ludzi (gimnazjalistów i licealistów) zainteresowanych tworzeniem literatury i mieszkających we Wrocławiu.

Projekt obecny, realizowany w 2018 roku przez pisarzy z wrocławskiego oddziału SPP – i podobnie jak poprzedni sponsorowany przez Gminę Wrocław – polega na kontynuacji pracy z najbardziej obiecującymi młodymi autorami wyłonionymi podczas PFDM, oraz innymi chętnymi kandydatami na młodych literatów, zainteresowanymi tworzeniem literatury i doskonaleniem literackiej polszczyzny podczas zajęć o charakterze warsztatów literackich. Warsztaty są prowadzone przez profesjonalnych pisarzy, z których część występuje w roli ekspertów goszczących na spotkaniach. Opracowane w ich trakcie teksty uczestników są opublikowane na niniejszej podstronie projektu, będą też wydrukowane w podwójnym, XXII/XXIII wydaniu Dolnośląskiego Rocznika Literackiego „Pomosty”. Projekt jest realizowany we Wrocławiu, w lokalu udostępnionym przez Wrocławski Dom Literatury.

Zajęcia są adresowane do tych młodych ludzi, którzy są zainteresowani sztukąsłowa(zarówno jego używania, jaki i rozumienia), chcą wiedzieć i umieć więcej – pragną w przyszłości zawodowo tworzyć literaturę lub też widzą się w przyszłości jako dziennikarze, pracownicy mediów czy reklamy. To zarazem forma aktywnego (poprzez tworzenie) uczestnictwa w kulturze, a także sposób na zintegrowanie grupy młodzieży z różnych szkół wokół ciekawego projektu i przećwiczenie wraz z nimi wspólnego działania. Uczestniczący w warsztatach młody człowiek poszerza swoje kompetencje językowe, co z pewnością znajdzie odbicie nie tylko na lekcjach języka polskiego.

 

Poniżej zamieszczamy teksty uczestników, napisane specjalnie na zajęcia warsztatowe.

Dominika Sowińska

Pustka

Odkąd pamiętam lubiłam spoglądać w gwiazdy. Dawało mi to swego rodzaju wolność i, paradoksalnie, poczucie, że nie jestem sama na świecie, bo gdzieś na pewno ktoś też obserwował nocne niebo. Po latach studiowania mapy nieba znałam ją na pamięć. Wiedziałam, gdzie leżą poszczególne gwiazdozbiory, kiedy jest najwięcej spadających meteorytów. Potrafiłam określić po zmianie pozycji ciał niebieskich, która jest godzina i kiedy zacznie się rozjaśniać. Lubiłam wpatrywanie w niebo, mogłam się odizolować od wszystkiego, co mnie otaczało.

Uspokajało mnie to, kiedy nie mogłam spać, a zdarzało się to praktycznie co noc. Z czasem do tego przywykłam. Napawałam się wtedy ciszą i spokojem, które były mi potrzebne. Odpoczywałam zdala od ludzi, tak było najprościej. Dosyć często mówiłam na głos, nikt przecież by mnie nie słuchał w środku nocy. Większość osób albo śpi o trzeciej, albo wiedzie ciekawe życie towarzyskie w jednym z otwartych jeszcze klubów.

Zamyślona siedziałam na wzgórzu z rękoma założonymi na kolana. Stąd był najładniejszy widok na panoramę miasta, ale też właśnie na gwiazdy. Mieszkałam na obrzeżach, więc takich miejsc było tu pełno, jednak to zauroczyło mnie płynącym nieopodal strumykiem.

Nigdy nie byłam zbyt towarzyska. Wręcz bałam się innych ludzi. Wolałam siedzieć w domu, oglądając seriale, czytając książki i poszerzając wiedzę na temat, który akurat mnie interesował. Z czasem odnalazłam swoje pasje i się im poświęciłam. Ot, taka wycofana społecznie dziewczyna z artystycznymi skłonnościami.

Ale była też druga strona medalu. Po pewnym czasie zaczęła mi przeszkadzać samotność. Niemożność odezwania się do kogoś zaufanego, kogoś, kto by mnie zrozumiał. Rzecz jasna, w kontaktach z rodziną nie miałam żadnego problemu. Może oprócz tego, że zwyczajnie za nią nie przepadałam, ale kochałam bliskich na swój dziwaczny sposób. Tylko że… to co innego niż prawdziwa rozmowa z kimś w podobnym wieku, z podobnymi zainteresowaniami, poglądami.

Westchnęłam cicho, opierając brodę na złączonych kolanach. Założyłam sobie włosy za uszy, kiedy zerwał się ciepły, letni wiatr. Wzięłam w palce naszyjnik, po czym zaczęłam mu się przyglądać.

Dostałam go na dwunaste urodziny. Na rzemyku zawieszone były wystrugane z czarnego bzu skrzydła. Aniele, jak mi później tata wytłumaczył. Na każdym ze skrzydeł wyryto złotą literę moich inicjałów. W tamtym okresie byłam zafascynowana angelologią i demonologią. Bardzo spodobał mi się ten prezent.

Tata wkrótce potem zmarł. Przez długi czas nie potrafiłam sobie poradzić z jego odejściem. Był jedyną osobą, która mnie rozumiała. Spędzał ze mną wiele czasu, zabierał na wycieczki, pokazywał świat. Po prostu przekazywał swoją wiedzę. Dodatkowo miałam w nim oparcie, w pochmurne dni potrafił rozśmieszyć. Postrzegałam świat inaczej, bardziej marzycielsko i symbolicznie, on jedyny mnie za to nie negował, wiedział, o czym mówię i starał się pokazać, że nie ma w tym nic złego. Był nie tylko ojcem, ale i przyjacielem, bratnią duszą, z którą uwielbiałam rozmawiać i spędzać czas. Po jego śmierci zamknęłam się w sobie. Straciłam ważny element dotychczasowego życia. Element, który zawsze był obok, czasem niewidoczny, ale był. Czułam, jakby ogarniała mnie pustka, której nie potrafiłam wypełnić.

Ojciec za życia był moim bohaterem, po śmierci także nim pozostał. Nie rozstawałam się nigdy z naszyjnikiem, był swego rodzaju nieśmiertelnikiem. Dzięki niemu wierzyłam, że jakaś cząstka taty była wciąż przy mnie. Że się mną opiekował i doglądał.

–  Czuję się strasznie samotna, tato – wyszeptałam, ocierając wierzchem dłoni łzę z policzka

Lubiłam rozmyślać na głos, mimo że za bardzo za swoją barwą głosu nie przepadałam. Wydawała się zbyt męska jak na dość wrażliwą osobę.

– I zagubiona – dodałam po chwili. – Wszyscy wydają się być szczęśliwi, tylko nie ja. Każdy ma przyjaciół, bratnią duszę, kogoś, kto ich rozumie, tylko ja jestem jakaś wybrakowana… – zamilkłam, by pozbierać myśli i zastanowić się nad tym, co miałam zamiar powiedzieć.

Wyprostowałam plecy, po czym wzięłam głęboki wdech i spokojnie odetchnęłam.

– Chyba chodzi o to, że nie mam z kim podzielić się swoimi myślami, swoimi osiągnięciami. W domu nikogo to nie interesuje, przyjaciół nie mam, bo jak się okazało, za ludźmi generalnie nie przepadam. I to z wzajemnością. Ale wiem, że wszyscy mamy przecież kogoś, do kogo pasujemy. I nikt nie jest skazany na życie w samotności. A jednak wydaje to się tak nierealne i nieosiągalne dla mnie – powiedziałam, opierając dłonie o ziemię i kładąc się powoli na plecach.

Odchyliłam głowę. Spojrzałam w górę na gwiazdozbiór smoka. Mój ulubiony. Przymknęłam na moment powieki, by powstrzymać łzy, które były oznaką słabości. Nie tolerowałam jej.

– Najgorsze jednak jest to wszechogarniające poczucie pustki – zaczęłam łamiącym się głosem. – Czuję je znacznie częściej niż w dzieciństwie. Przez te lata wezbrało na sile. Nie potrafię się wtedy na niczym skupić. To tak jakby przyszedł do mojego świata dementor. Tylko że nie wyssałby ze mnie tylko szczęścia, dobrych wspomnień, radości życia, ale i chęci do niego, planów na przyszłość. Pozbawił perspektyw, jakichkolwiek uczuć… Przez to zaczynam wierzyć, że jestem skazana na bycie wiecznym samotnikiem, że nie jestem zdolna do miłości, że nie potrafię nikogo polubić, że nikt mnie nie doceni…

Przerwałam, usłyszawszy trzask łamanej gałęzi. Wydało się to dziwne, w tej okolicy nie było żadnej dzikiej zwierzyny. Nikt się tutaj nie zapuszczał, jedynie zbłąkane ptaki, ale je mogłabym policzyć na palcach obu rąk. To było moje prywatne miejsce, moja świątynia przemyśleń i nikt nie miał prawa do niej wkraczać.

Nie otworzyłam oczu, nie czułam takiej potrzeby. Zamiast tego westchnęłam i potarłam się po skroniach, by rozmasować ból, jaki w nich poczułam.

– To pewnie był tylko wymysł mojej wyobraźni. Jestem zmęczona, nie spałam kilka dni, to dlatego – próbowałam sobie wytłumaczyć omamy słuchowe.  – Nie ma się czym przejmować, tutaj nikogo nie ma, nigdy nie było i nigdy nie będzie. Po co ktoś miałby tutaj przychodzić? – prychnęłam.

Mimo tego moje serce nie chciało zwolnić rytmu. Zaniepokoiło mnie to, bo zazwyczaj nawet nie wyczuwałam swojego pulsu, a teraz słyszałam szum pompowanej w żyłach krwi.

– Dlaczego wszystko jest takie trudne? – spytałam.

Kiedy poczułam oddech na czole, przeszły mnie dreszcze.

– Bo nic nie jest łatwe – usłyszałam tuż przy swoim uchu.

Otworzyłam momentalnie oczy i podniosłam się gwałtownie, uderzając czołem o twarz nieznanego mi chłopaka. Odsunęłam się od niego w pośpiechu.

Zauważywszy moją reakcję, podniósł ręce do góry.

– Ej, spokojnie, nie chciałem cię przestraszyć – próbował mnie uspokoić, uśmiechając się lekko, ale przyniosło to odwrotny efekt.

Przyciągnęłam do siebie nogi i zmrużyłam oczy.

– Kim jesteś i co tu robisz? – warknęłam niezbyt przyjaźnie – Nie powinno cię tu być.

– Zwykłym przechodniem – powiedziawszy to, podał mi rękę.

Nie miałam zamiaru się do niego zbliżać, a co dopiero podawać ręki. Za to postanowiłam przyjrzeć mu się uważnie.

Miał niedbale zapiętą koszulę, kilkudniowy zarost na twarzy. Był wyższy ode mnie, ale za to drobniejszy. Przyglądał mi się, wręcz czułam jego przeszywający na wskroś wzrok. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, dostrzegłam, że ma jasne tęczówki oczu. Ciemnie włosy opadały mu na czoło.

Było w nim coś intrygujące. Może to ten spokojny głos, przez który miałam wrażenie, że naprawdę nie żywił złych zamiarów wobec mnie, a może to ten uśmiech, który dziwnie uspokajał. Poczułam się zmieszana. Nie potrafiłam znaleźć żadnego logicznego wyjaśnienia, dlaczego ten człowiek znalazł się o tej porze w tym miejscu i jeszcze chciał ze mną porozmawiać.

– To pewnie wymysł wyobraźni – olśniło mnie. – Tak, to na pewno z przemęczenia. To się zdarza. On tak naprawdę nie istnieje – mamrotałam.

– Co tam tak szepczesz? Wybacz, nie usłyszałem cię – zagadnął i usiadł, wskazując miejsce obok siebie. – Chodź, nie masz się czego bać.

Zawahałam się, ale tylko przez chwilę. Powoli wstałam i nieśpiesznie usiadłam we wskazanym miejscu, zachowując bezpieczny odstęp.

– Nie wiem, dlaczego to robię i dlaczego się posłuchałam. W normalnych okolicznościach nie otwieram nawet drzwi listonoszowi. Ale uznam cię za wytwór mojej wyobraźni, więc w sumie, dlaczego by nie – wzruszyłam ramionami.

Kiedy byłam tak blisko nieznajomego, dostrzegłam uderzające podobieństwo do mojego taty. Wyglądał wręcz jak żywcem przeniesiony z fotografii zrobionej podczas jego lat młodzieńczych. Zamurowało mnie to na moment. Teraz już byłam pewna, że to halucynacje. Nikt nie mógłby być aż tak łudząco podobny do niego.

– Opowiesz mi coś więcej o tej pustce? – poprosił, spoglądając na mnie łagodnym wzrokiem. – Wydaje mi się, że mogę coś na ten temat wiedzieć.

Speszyłam się, znowu mnie zaskoczył.

– Słyszałeś mnie od początku, prawda?

Skinął jedynie głową. W palcach miał źdźbło trawy, którym się bawił, zwracając tym uwagę na swoje ręce. Były szorstkie i zniszczone, oznaka ciężkiej pracy.

– Cudnie, po prostu świetnie – sarknęłam. – Ale w sumie nic dziwnego, skoro i tak jesteś tylko w mojej głowie.

Coś mi mówiło, że jeśli ujrzałam tatę i z nim rozmawiałam, nawet jeśli to moje wyobrażenie, nie musiałam się hamować. Mogłam powiedzieć wszystko, co leżało mi na sercu, z pewnością by wysłuchał. Może pocieszył, z tym różnie bywało, ale na pewno dał jakąś radę.

Wypuściłam głośnio powietrze z płuc. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech.

– No nic, skoro już tu jesteś i wydajesz się być szczerze tym zainteresowany, to nie mam nic do stracenia – zaczęłam. – Kiedy przychodzi, stara przyjaciółka, bo tak ją lubię nazywać, nie czuję zupełnie nic. Ani smutku, ani radości, ani żalu, ani tego, że nie mam nikogo blisko siebie. Nie czuję, że kocham cokolwiek i kogokolwiek. Jest tylko ona i nic poza nią. Nie widzę dla siebie też perspektyw. Jest jedynie uczucie, jakbym się zapadała w sobie… – zamilkłam.

Miałam ściśnięte gardło, a w okolicach brzucha pojawiło się uczucie, jakby utworzyła się tam mikroskopijnego rozmiaru czarna dziura. Bardzo często płakałam podczas tych ataków, mimo tego wciąż nic nie czułam. A przecież każda żywa istota coś odczuwała. Strach, niepokój, zakłopotanie, stres. Ja nie. Wszystko stawało się zupełnie obojętne. Właśnie to było najbardziej przerażające. Odnosiłam wrażenie, że jakaś cząstka człowieczeństwa ze mnie umyka.

Spojrzałam szybko na chłopaka. Wydawał się zmartwiony. Westchnął cicho i usiadł bliżej.

Siedział stanowczo za blisko. Złamał moją barierę bezpieczeństwa, ale nie zareagowałam. Nie potrafiłam. Poza tym, biło od niego wewnętrzne ciepło. Podświadomie wiedziałam, że nic mi nie zrobi.

Przytulił mnie do siebie bardzo mocno. Pogłaskał po głowie, pocałował w czoło, tak jak robił to tata, kiedy byłam mała. Zaczął nas powoli kołysać w przód i w tył, co nieco mnie uspokoiło.

Nie wiedziałam, jak długo tak siedzieliśmy, ale było to wystarczająco długo, by stara przyjaciółka odeszła. Wystarczająco długo, bym poczuła, że robię się senna…

 

* * *

 

Obudziłam się, kiedy promyki słońca zaczęły ogrzewać moje odkryte ramiona. Czułam nieprzyjemne mrowienie na szyi, toteż rozmasowałam ją dłonią. Nie pamiętałam za wiele z nocy, nigdy nie zdarzyło mi się zasnąć na wzgórzu.

Strzepnęłam z bluzki źdźbło trawy i postanowiłam powoli wstać. Nim to zrobiłam, zauważyłam złożoną na pół kartkę papieru przykrytą kamieniem, prawdopodobnie po to, by wiatr jej nie porwał. Wzięłam papier w dwa palce i otworzyłam. Była na nim wiadomość zapisana pochyłympismem.

– Wbrew pozorom wcale nie byłem wyimaginowany. To chyba przeznaczenie, że akurat wtedy się tam znalazłem. No i może przyszedłem też pooglądać gwiazdy. Naszła mnie na to straszna ochota. Wybacz, jeśli cię przestraszyłem, nie miałem takiego zamiaru.  Nie zostawiłbym cię samej, ale nie miałem serca cię budzić. Niestety musiałem zbierać się do pracy – przeczytałam na głos, lekko się uśmiechając. – Wydaje mi się, że mogę ci pomóc. Nie jesteś jedyną, którą ta „pustka” dotyczy. Zadzwoń, kiedy będziesz miała czas.

Rumieniąc się lekko, schowałam kartkę do tylnej kieszeni spodni. Nie mogłam wyjść ze zdumienia. Chyba znalazłam kogoś, kto mnie zrozumiał. Co dziwniejsze, praktycznie ze sobą nie rozmawialiśmy. I na dodatek nie był to wymysł mojej dziwnej wyobraźni. Po raz pierwszy od dawna chciałam się z kimś spotkać, porozmawiać.

Chwyciłam za rzemyk naszyjnika i wyszeptałam cicho:

– Dziękuję, tato. Teraz już wiem, że nie jestem sama. Nikt nie jest.

 

 

Kim jestem?

Introwertykiem, zagubioną duszyczką, która nie do końca wie, czego oczekuje od życia. Na pozór wredną, bezczelną, chamską, zarozumiałą oraz próżną, lecz wewnątrz wrażliwą, sympatyczną, lekko zbzikowaną, wyrozumiałą i odpowiedzialną nastolatką. Zatraconą w swoim świecie do granic możliwości, aczkolwiek oddaną całościowo temu, w co się zaczyna angażować. Choćby miała sprawdzian z geografii na drugi dzień, jest w stanie napisać krótką notatkę na angielski koleżance na studia, i to o drugiej w nocy. Muzyka wiele razy uratowała jej życie oraz samopoczucie, a pisanie jest jedyną stałą i skuteczną formą ucieczki od świata.

Oto ja. Uczennica ósmego liceum we Wrocławiu – Dominika Sowińska.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

—————————————————————————————————

 

Justyna Kałwa

 

Teatr otwartego okna

 

Gerard wchodzi do holu ekskluzywnego wieżowca, w którym mieszka. Jest zmęczony po całym dniu pracy, ale jak zwykle spisał się dobrze od początku do końca. Jest doskonałym organizatorem, a ponieważ zawsze skrupulatnie robi co trzeba, udało mu się odnieść sukces i samodzielnie zapracować na eleganckie mieszkanie, o którym zawsze marzył, ale to nadal nie jest szczyt jego dążeń. Ma nieskończoną ochotę na więcej, która nieprzerwanie napędza go do działania. Motywuje go też silnie zakorzenione poczucie odpowiedzialności. Wjeżdża windą na górę i idzie w stronę drzwi swojego mieszkania. Z korytarza dostrzega, że siedzi pod nimi skulona postać.

Zapowiada się na to, że straci trochę cennego czasu. Rzuca okiem na zegarek; okazuje się, że wrócił wcześniej niż planował, dlatego jest gotowy poświęcić kilka minut. Zatrzymuje się przed zapłakaną dziewczyną i patrzy na nią z góry. Rebeka. Widywał ją od niedawna, ale właściwie nie dziwi się, że już jest w takim stanie.

– Masz dosyć Serafina? – pyta z udawanym zaskoczeniem.

Dziewczyna pociąga nosem i zerka na Gerarda.

– To on ma dosyć mnie. Skarżył się na swoje samopoczucie przez telefon, więc przyszłam tutaj, żeby go pocieszyć… – marszczy brwi. – Mówił dużo o cierpieniu i osamotnieniu, a ja przecież byłam przy nim, żeby słuchać i starać się w tym wszystkim nie pogubić. Próbowałam go uspokoić, ale na koniec i tak powiedział mi, że widzimy się po raz ostatni. Bałam się go zostawić, ale wyrzucił mnie z mieszkania. To brzmiało tak niepokojąco, dobrze, że pan już jest!

Rebeka płacząc podnosi się z podłogi, a Gerard uśmiecha się do niej. Widzi, że jest naprawdę smutna i zdenerwowana.

– Nie przejmuj się. Mój brat tak ma, kiedy się nudzi.

W przeszłości nieraz miał ochotę wyrzucić tego wariata na bruk. Teraz nauczył się cierpliwości, traktuje jego zachowanie jak chorobę i nie okazuje emocji, co trochę hamuje szaleńcze zachowania Serafina. Gerard jest dużo starszy od brata i musiał go wychowywać od dość wczesnego wieku, jednak, patrząc na kogo wyrósł, ma wrażenie, że chłopak wychował się sam. Przynajmniej nigdy niczego mu nie brakowało. Z tego powodu Gerard ma cichą nadzieję, że Serafin widzi, jak bardzo się dla niego starał.

Wyjmuje z kieszeni klucz i podchodzi do drzwi.

– Proszę się pospieszyć, on naprawdę nie jest w dobrym stanie! – woła Rebeka.

Mężczyzna głośno nabiera powietrza. Nie traktują się poważnie, dlatego szkoda czasu na zbędną rozmowę. Gerard żegna się z dziewczyną i wchodzi do mieszkania. Odwiesza płaszcz, zdejmuje eleganckie obuwie i otwiera drzwi do salonu.

Szerokie okno na środku jest otwarte, na dębowym stole znajduje się już zastawa do kolacji. Naprzeciwko stołu stoi potężny zegar z wahadłem dziedziczony w rodzinie od pokoleń. Uporządkowane pomieszczenie robi ogromne wrażenie, którego nie zakłóca nawet wystrojony w czarny garnitur Serafin siedzący na parapecie, jedną nogę przewieszając za oknem. Patrzy w dal nieobecnym wzrokiem. Taki widok mógłby potwierdzić obawy dziewczyny, ale tylko według osoby, która nie zna zwyczajów Serafina. Gerard wiedział tyle, że jego brat wymaga wiele uwagi. Więcej nawet nie próbował zrozumieć.

Ciszę przerywa bicie zegara. Przyszedł do domu punktualnie. Na zewnątrz jest już szarówka, więc zapala lampę. Salon wypełnia się przyjemnym, ciepłym światłem. Jest gotowy na to, że brat trochę podramatyzuje, ale po tym sam będzie mógł pracować dalej i zaplanować kolejny dzień. Serafin odwraca się i przywołuje go gestem do siebie. Gerard zamyka drzwi i podchodzi.

– Popatrz. Wysoko tutaj, prawda? – pyta z teatralną zadumą.

– Wiem o tym. Więc może zejdź z tego parapetu zamiast siedzieć tu bez sensu. Szkoda mi czasu, żeby cię pilnować, a ty lepiej poszedłbyś przeprosić tę dziewczynę.

Serafin oburza się i przykłada dłoń do piersi.

– Mam złamane serce. Zostawiła mnie, a ja… od teraz będę już na zawsze smutny.

Na potwierdzenie swoich słów zajmuje się byciem smutnym w typowy dla siebie sposób. Krzyżuje ręce i zamyka oczy. Pozwala, aby łza powoli przepłynęła cały jego policzek i wsiąkła w koszulę. Gerard nie może się powstrzymać od złośliwego uśmiechu.

– Wiem, że się starasz, ale ta dziewczyna wyglądała na bardziej załamaną od ciebie. Cały czas siedzisz w czterech ścianach, nic dziwnego, że zwariowałeś.

Serafin natychmiast zrywa się z parapetu, jego lakierki głośno uderzają w podłogę.

– W tych czterech ścianach przynajmniej pozostałem sobą. Świat zmienia ludzi w maszyny, obserwuję to przez okno, widzę to patrząc na ciebie. Sam wiesz, przed chwilą byłeś częścią tej ludzkiej masy na dole. Ciekawe, czy jakby pieniądze przestały istnieć, wasze życie nadal miałoby znaczenie? – Serafin porywa z półki kalendarz Gerarda. – Zaplanujesz tu całe swoje życie, pójdziesz tu, zrobisz tamto, osiągniesz co chcesz i myślisz, że jesteś niesamowity? Nie masz pojęcia o mnie ani o moich uczuciach, więc jak możesz je oceniać i porównywać?! Są jedyne w swoim rodzaju, więc nie pozwalaj sobie! Zostałem obdarzony zdolnością do widzenia prawdy, więc jestem odpowiedzialny za to, żeby otwierać oczy innym.

Gerard unosi brwi. Tego jeszcze nie słyszał.

– Ach tak… To nieważne, nie było rozmowy. Idę pracować, tylko zamknij okno… – Gerard pokazuje kalendarz, który trzyma jego brat i gestem daje do zrozumienia, żeby go oddał.

Serafin z płonącymi policzkami wyrzuca kalendarz na ulicę.

– A to zaplanowałeś?

I teraz nadchodzi trudny, ale ekscytujący moment. Reakcja. Gerard rzuci się na niego? Wpadnie w szał?

Nie. Tylko z niedowierzaniem błądzi wzrokiem między nim a oknem. Serafin uśmiecha się. Jednak poszło gładko. Tak myślał, że pozbycie się kalendarza to świetny sposób na zdobycie uwagi, którą niepotrzebnie zabierały jego głupie papiery. W końcu nadchodzi czas, aby Serafin miał swoje pięć minut.

Tylko to ciepłe światło niepotrzebnie psuje klimat. Serafin gwałtownie ściąga z szafki lampę, wyrywając wtyczkę z gniazdka, przy czym zrzuca też zabytkowy wazon. Gerard wzdryga się. Trudno jest cokolwiek wyczytać z jego twarzy, ale skoro już tu stoi to pewnie słucha.

– Zrobiłem to dla ciebie – wyjaśnia łagodnie Serafin. – Wiem, że kiedy zapisujesz tyle ważnych rzeczy do zrobienia na każdy dzień, łatwo pomyśleć, że masz porządne życie. Przykro mi, że tak naprawdę dzielę dom z kimś martwym – dramatyczna pauza. Serafin mruży oczy i przypatruje się Gerardowi. – Myślę, że ty też to widzisz, ale nie masz odwagi przyjąć do wiadomości. Tak jak mówiłem, wyrzuciłem ten kalendarz dla ciebie, ponieważ wyniszczyłeś samego siebie i nie masz już własnej odwagi. Zmusiłeś mnie do użycia mojej, żeby w końcu ta prawda do ciebie dotarła – teraz czas zdynamizować akcję. Serafin wskakuje na stół i strąca butem zastawę przygotowaną przez Rebekę. – Czy będąc w takim stanie w ogóle rozróżniasz smutek od radości? Ja straciłem swoją miłość, moje serce jest wypalone, ale przynajmniej czuję, że żyję. A ty, jak chomik w kołowrotku, w ciągłym biegu do własnego sukcesu, nawet nie wiesz jak to jest. Tylu ludzi masz na swoje skinienie, a i tak nie masz nikogo. Wszyscy nawzajem chcecie się pozabijać o bycie lepszym a przy tym tak miło się do siebie uśmiechacie. Zaszedłeś daleko w ten sposób i czy to jest według ciebie w porządku?

Serafin czuje ogromną satysfakcję, wierzy, że dał bratu światło, które obudzi jego martwe serce. Dokonał przełomu w życiu tego zagubionego człowieka, otworzył mu oczy, więc teraz zamknie własne, żeby Gerard mógł chwilę ochłonąć. Ale dobrze mu poszło! Aż sam się wzruszył.

Niezbyt długo wytrzymuje z zamkniętymi oczami, kusi go chęć upewnienia się, że sceneria prezentuje się jak trzeba. Dobrze się składa, że obok stołu wisi lustro. W świetle ponurego wieczora prezentuje się doskonale. Jeszcze tylko prostuje plecy, mierzwi włosy i… zauważa, że cały czas trzyma w ręce tę okropną lampę. Uśmiecha się do swojego odbicia, bo już wie, jak to zakończy. Szeroko odchyla rękę i z całej siły rzuca lampą w wielki zabytkowy zegar. Słyszy huk i dźwięk tłuczonego szkła, satysfakcjonuje go widok zniszczonego ładu. O tak, nadał tej scenie mocny finał. Samozadowolenie wypełnia go całkowicie, ale nie zapomina, że wciąż jest cierpiącym kochankiem, dlatego pada na kolana zwieszając głowę w pozie pełnej bezsilności.

Teraz dyskretnie spogląda w stronę okna. Odwraca się nawet w stronę drzwi, ale jego wzrok nie znajduje Gerarda. Zeskakuje ze stołu i rozgląda się dokładniej. Nie ma go w tym pokoju. Wychodzi sprawdzić inne, a każdy kolejny coraz bardziej stresuje go irytującą pustką. Serafin powtarza sobie, że Gerard wyszedł ochłonąć po niesamowitej scenie, w której brał udział, albo wręcz pobiegł odmienić swoje życie, choć nie jest pewien, w jaki sposób miałby to zrobić.

Tylko że nie wyszedł, bo nie zostawiłby butów, płaszcza… na pewno zapisał w kalendarzu plan na tę godzinę. Serafin wchodzi z powrotem do salonu. Donośny odgłos każdego kroku podkreśla przestrzeń i pustkę tego mieszkania. To mu się nie podoba, choć w innej sytuacji byłoby bardzo w jego stylu.

Przecież nie zajrzy do kalendarza… może tylko wyjrzeć za okno. Pewnie znalazłby tam też samego Gerarda.

Nagle zatrzymuje się, jakby drogę do okna zagrodziła mu niewidzialna ściana. Po prostu nie może postawić kolejnego kroku.

Gerard umarł? Niemożliwe, to chyba zbyt trudne do przeoczenia. Uciekł? Nie, nie, przecież nie zamknąłby za sobą tych wielkich drzwi do salonu zupełnie bezgłośnie. A jeśli naprawdę uciekł lub umarł to zepsuł całą scenę!

– NO CHYBA SOBIE KPISZ! – wrzeszczy w stronę okna zza niewidzialnej ściany – To JA jestem głównym bohaterem – wskazuje na siebie drżącym z przejęcia palcem. –  Ja tu cierpię, wyprowadzam cię z klatki, w której sam siebie zamknąłeś, więc nie możesz tak po prostu sobie umierać w środku mojego monologu! Miałeś być mi wdzięczny za tą bezcenną prawdę, a ty bezczelnie odwróciłeś uwagę na siebie, wydarłeś mi całą dramaturgię, ty durniu, jesteś bohaterem drugoplanowym, kto ci pozwolił?!

Od kłębiących się myśli kręci mu się w głowie, a żadna nie wyjaśnia, jak Gerard mógł to zrobić. Przecież jego serce było jeszcze nowe, puste, więc za wcześnie w nim na takie szaleństwo! Serafin jeszcze nigdy nie czuł się do tego stopnia oderwany od rzeczywistości.

Nagle coś go uderza. Czy jeśli Gerard umarł, to będzie jego wina? Jeśli tak, to teraz zostanie wyrzutkiem społeczeństwa, może nawet znienawidzi sam siebie. Serafin czuje się, jakby Gerard brutalnie wyrwał mu z rąk scenariusz i zabrał go ze sobą gdzieś daleko.

– Ej, wracaj! Boję się być tu sam. Obraziłeś się na mnie? Ja nie chciałem!

Szybko, szybko… na co, na kogo zrzucić winę? Nikogo tu nie ma. Nawet nie ma komu uśmiechnąć się pobłażliwie na jego „nie chciałem!”, teraz wszystko jest na poważnie. Trzeba uciekać. Nie, nie. Chwila. Przed czym? Przecież to on jest tu ofiarą! Rozwalił pół salonu dla tak dobrej sceny i poszło to na marne a teraz nawet nie ma komu posprzątać. Nie poznaje tego głosu w głowie, który krzyczy „BIEGNIJ”, przecież nawet nie ma dokąd biec. „Przepraszam, przepraszam” – zaczyna szeptać do swojego umysłu – „To dla ciebie za dużo, dlatego nie pracujesz jak trzeba, chciałbym cię teraz wyłączyć, ale nie możesz po prostu przestać działać. Wszystko wokół to absurd!”.

Pada omdlały na kanapę w dużo mniej efektowny sposób niż wcześniej na stół i patrzy na swoje dłonie. Są białe jak zawsze, ale on ma wrażenie, że powinny być całe we krwi. Dlaczego, skoro postanowił nie przyjąć winy na siebie? Serafin zakrywa twarz dłońmi, wciąż nie mogąc odgadnąć, w czyich jest teraz jego scenariusz.

 

 

 

Nazywam się Justyna Kałwa, w tym roku ukończyłam LO XII we Wrocławiu i zaczynam studiować weterynarię. Interesują mnie nauki przyrodnicze a także psychologia. W wolnym czasie rysuję, najczęściej portrety, piszę opowiadania i wiersze. Lubię sztukę, poprzez którą autor wyraża siebie i jednocześnie angażuje odbiorców. Ciekawi mnie, jak przez własną wyobraźnię i interpretację nadają oni dziełu coraz to nowych znaczeń.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

—————————————————————————————————

 

Julia Drewniowska

 

Etiuda rewolucyjna

 

 

– Dobra robota, Stefanie. Te trzewiki wyglądają jak nowe!

– Dziękuję – odparł młodzieniec, uśmiechając się lekko. – Szkoda, że tylko je mogłem dziś naprawić.

Zakrył brązową czuprynę beretem, zarzucił na ramię szarą marynarkę i żegnając się z szefem, wyszedł z zakładu. Stanął na moment, by się rozejrzeć. Na placu tu i ówdzie szli ludzie. Jedni rozmawiali, inni z opuszczonymi głowami kroczyli w milczeniu. Jakiś samotny mężczyzna w pośpiechu przecinał plac, jakieś dziecko zaczęło płakać. Choć świeciło słońce, wszyscy wydawali się być przygaszeni, smutni. Nie słychać było śpiewu ptaków ani szelestu drzew. W powietrzu dawało się wyczuć powszechnie panujący wśród warszawiaków strach oraz napięcie. I tylko Stefan cicho pogwizdywał, kierując się w stronę pobliskiej kawiarni. Nie wszedł jednak do lokalu. Dzięki otwartym drzwiom poczuł zapach serwowanych napojów. Aczkolwiek w niczym nie przypominały one woni podawanej tam kilka lat temu kawy czy najlepszej w mieście gorącej czekolady. Grany w kawiarence szlagier Straussa przypomniał mu odgrywaną tam niegdyś Etiudę rewolucyjną. To był jego ulubiony utwór Chopina. Znał go nawet na pamięć! Patrzył przez okna. Obserwował.

Mężczyźni ubrani w swoje najlepsze koszule, podniszczone garnitury, z papierosami w ustach, rozmawiali zapewne o najnowszym obwieszczeniu. Przy osobnych stolikach siedziały kobiety, odziane w najładniejsze sukienki. Wszystkie wpatrywały się w grającego pianistę. Już od dłuższego czasu Stefan pragnął, by wreszcie było jak przed wojną. By zająć jeden ze stolików, by rozkoszować się smakiem czekolady, by zamknąć oczy i wsłuchać się w Poloneza A-durczy Mazurka H-moll. Marzył o tym, by choć na chwilę zapomnieć o toczącej się na ulicach Warszawy wojnie. By zapomnieć o strachu.

Stefan westchnął, jakby to miało pomóc w wyzbyciu się tych pragnień, po czym zrezygnowany odszedł. Już nie gwizdał.

Minął fotoplastykon, nie zaszczycając reklamowych plakatów nawet spojrzeniem. Nagle poczuł, że ktoś wlepia w niego wzrok. Czy był śledzony? Spiął wszystkie mięśnie i wytężył słuch. Przeszedł sztywno kilka metrów. Bicie serca wyraźnie przyspieszyło. W końcu odważył się odwrócić, a kiedy nikogo nie spostrzegł, wypuścił wstrzymywane powietrze. Tak właśnie miał wyglądać popołudniowy spacer? Każdy krok miał budzić strach i niepokój? W świecie Stefana owszem. Od czterech lat codziennie budził się z myślą, że tym razem nie uda mu się dożyć nocy. Albo jego bratu.

Niespodziewanie ktoś pojawił się przed nim, wyskakując z ciemnego zaułku. Wpadł na wysokiego mężczyznę, na oko trzydziestoletniego, przeraźliwie brudnego i chudego. Stefan wzdrygnął się na widok poznaczonej bliznami twarzy nieznajomego. Jednak jego wielkie oczy miały w sobie błysk, iskierkę życia.

– Pomóż mi – wycharczał przybłęda, łapiąc Stefana mocno za ramiona. – Błagam cię, człowieku…

Wielokrotnie wyobrażał sobie spotkanie z uciekającym Żydem. Był wtedy tym przyzwoitym, który przygarniał pod swój dach nawet całą rodzinę żydowską. Nie odczuwał strachu przed okupacyjnymi władzami, przed sąsiadami. Wykazywał się odwagą, siłą. Tymczasem teraz stał jak zamurowany, a myśli przepływały przez jego głowę z prędkością światła. Nie potrafił się zdecydować. Oto miał przed sobą Żyda – wycieńczonego, zapewne umierającego z głodu – i nie umiał wykrztusić słowa. Wzrok Stefana odruchowo powędrował na przetarte buty obcego, na zbyt obszerne ubrania, na zranione dłonie. A co jeśli się rozchoruje i umrze w jego domu? Jeśli go znajdą? Z drugiej strony czy nie powinien dać mu szansy na przeżycie? Z pewnością poza murami getta jest ona większa. Głęboko odetchnął.

– Dobrze, chodź za mną – szepnął. – Tylko bądź niewidzialny.

– Już jestem – odparł Żyd.

Chłopak rozejrzał się uważnie, po czym skinął na przybysza i poszli szybkim krokiem wzdłuż muru kamienicy. Od strony getta nie dobiegały żadne odgłosy. Cisza. Martwota, która przerażała Stefana bardziej niż najgorsze jęki, jakie był w stanie sobie wyobrazić, która mroziła mu krew w żyłach. Przebiegły mu dreszcze po plecach. Przeszli jeszcze parę metrów, by skręcić w boczną, mało uczęszczaną uliczkę. Nie zwolnili jednak. Nie, jeszcze nie teraz.

Weszli na placyk otoczony przez stare kamienice. Stefan pchnął barkiem drzwi wejściowe. Szeroko otwarte oczy starały się dostrzec każdy szczegół klatki schodowej.

– Na samej górze po prawej – powiedział do mężczyzny, który pospiesznie zaczął się wspinać. Każdemu krokowi towarzyszyło skrzypienie i trzeszczenie starych schodów. Stefan dopiero teraz zobaczył, że ściskał pod pachą oprawiony w skórę notatnik. To jedyne, co miał.

Klucz zgrzytnął w zamku. Trzydziestolatek próbował ukryć drżenie dłoni, choć Stefan i tak je dostrzegł kątem oka. Po chwili mieszkanie na czwartym piętrze stało otworem.

 

– Nie jedz tak szybko – rzekł młody szewc. – Rozboli cię brzuch – zauważył racjonalnie, jednak Jonatan, bo tak nazywał się przygarnięty przez niego człowiek, nie zważał na jego uwagi i pochłaniał ziemniaki z podsmażaną cebulą, o mało się przy tym nie dławiąc. – Naprawdę, dobrze ci radzę…

Jonatan odsunął pusty talerz.

– To był najlepszy posiłek, jak miałem w ustach od dwóch lat – wyznał.

Stefan zaprowadził go do małego pokoiku na końcu korytarza. Ledwo mieściło się tam pojedyncze łóżko, komódka i stojąca lampka, ale pomieszczenie nie sprawiało wrażenia ciasnego. Wręcz przeciwnie, wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Jonatan wyjrzał przez niskie okno mieszczące się nad komodą. Rozpościerał się z niego widok na podwórko, ale zwrócił uwagę tylko na niebo. Mimo, że szarawe i zachmurzone, zdawało się o ton jaśniejsze niż w getcie.

– Wiem, że to nie są ekskluzywne warunki – odezwał się Stefan. – Ale póki co, musisz zadowolić się tym.

Jonatan skinął głową. Nie był w stanie powiedzieć, jak bardzo mu dziękował, jak wiele dla niego zrobił. Usiadł na łóżku pod ścianą, wciąż ściskając po pachą notes. Zaryzykował i położył się na pościeli.

– Nie ściągniesz butów? – usłyszał.

Posłusznie więc to uczynił. Pozwolił sobie na odrobinę przyjemności i przymknął powieki. Przez moment poczuł się wolny. Nie musiał już dłużej drżeć o życie. Nie musiał bać się każdego wschodu słońca. Nie musiał uciekać.

– Jak tam jest? – spytał Stefan.

I jego dopiero co uzyskany spokój prysł niczym bańka mydlana.

– To piekło – wyszeptał. – W murach getta jesteś nikim. – Wspomnienia zalewały jego umysł. Chore sieroty na ulicach, smród, głód i nieodłączny element, czyli strach. Oczywiście znaleźli się tacy, co oddawali wszystko, co mieli, by pomóc innym. Byli i tacy, co zapragnęli buntu. Chcieli wzniecić powstanie. Powstanie w getcie! Już widział tych wychudzonych mężczyzn i kobiety trzymających broń, krzyczących, zabijających… Nie byli w stanie tego dokonać. Getto zbyt ich zniszczyło. Ale widocznie nie na darmo mówi się, iż nadzieja umiera ostatnia. – I ci wszyscy nic nieznaczący ludzie pragną umrzeć z honorem. Chcą pokazać szkopom, a może i samym sobie, że wbrew powszechnej opinii, coś znaczą. Jeśli mają zginąć to z bronią w ręku.

– Nie chciałeś walczyć z nimi?

– Pragnę tylko dołączyć do żony i dzieci, które są tutaj, po aryjskiej stronie, poza tym… Nie mają szans.

Brwi Stefana powędrowały do góry.

– Jak to? Wola przetrwania to najsilniejsza broń człowieka. Zawsze znajdzie się jakieś wyjście…

– Chyba, że jesteś Żydem – przerwał mu Jonatan. – Wtedy nie jesteś człowiekiem. Jesteś czymś mniej ważnym.

To skutecznie uciszyło chłopaka.

 

Stefan wyszedł z pokoju. Gdy udawał się do saloniku, gorączkowo analizował rozmowę z uciekinierem z getta. Niewiele starszy od niego gość, a zupełnie pozbawiony nadziei na lepsze jutro. Ogołocony z wszelkiej woli walki. Odnosił wrażenie, że jedyne, co trzymało go przy życiu, to zaginiona rodzina. Tak, musiał pomóc mu ją odnaleźć. Po prostu musiał.

– Straszne – mruknął pod nosem, siadając przy czarnym pianinie, na którym uwielbiała grać matka, które zajmowało niemal połowę przestrzeni pokoju. To pamiątka po rodzicach, dlatego się go nie pozbył. Długie palce Stefana musnęły klawisze. Odchylił głowę. Kiedy rozbrzmiewały pierwsze dźwięki, natychmiast zapominał o problemach. Teraz mógł jedynie brzdąknąć cicho kilka razy. W wyobraźni jednak całkowicie oddawał się grze. Dłonie płynęły nad klawiaturą pianina, sprawnie przechodząc zapis nutowy utworu. Delikatny uśmiech błądził po jego twarzy do pewnego momentu. Pomylił się w ukochanej Etiudzie rewolucyjnej. Zaklął siarczyście, odrywając się od klawiatury. Nie, nie potrafił się skupić. Wstał i przeszedł do kuchni. Napełnił do połowy szklankę wodą z kranu i jednym łykiem opróżnił jej zawartość. Otarł dłonią zwilżone usta, oparłszy się o blat.

– Mamo… Co mam robić?

Pytanie zawisło w przestrzeni. Już nigdy miał nie usłyszeć odpowiedzi.

 

– Stefan? – Ktoś poklepał go po twarzy. – Zbudź się, dzbanie. – Chichot.

– Czego chcesz? – wymamrotał rozespany młodzieniec. Po chwili zorientował się, że usnął przy kuchennym stole. Za oknem było już ciemno.

– Dzisiaj na kolację zjemy coś innego niż ziemniaki – powiedział radośnie mężczyzna. – Gdybyś widział, bracie, ile futer dzisiaj sprzedaliśmy! Ty pewnie naprawiłeś tylko jedną parę butów, co?

– Arek, to zabijanie zwierząt dla przyjemności ludzkich – stwierdził.

Arkadiusz znacznie różnił się od Stefana – starszy, wyższy i bardziej umięśniony. Miał blond włosy, co w zestawieniu z jego brązową czupryną budziło wątpliwości, czy na pewno byli braćmi. Ich oczy jednak wyglądały identycznie. Głęboka zieleń za każdym razem utwierdzała chłopców w przekonaniu, że mieli tę samą matkę.

– Tylko mi nie mów, że tego nie zjesz… – Brat wyciągnął z papierowej torby pęto kiełbasy.

– No cóż… – Stefan udał, że się zastanawia. – Ostatecznie, żeby się nie zmarnowało, mogę zjeść… – rzekł z pozorowaną arogancją, po czym obaj wybuchli śmiechem. Śmiech. Najpiękniejszy i najrzadszy dźwięk w tym mieszkaniu. – Masz tam jeszcze coś dobrego?

Kiedy Arek pokazywał, jaki ogromny bochenek chleba udało mu się dorwać w piekarni, usłyszeli, jak coś zwaliło się w dawnym pokoju matki z hukiem na podłogę. Arkadiusz momentalnie porzucił torbę, wyciągnął ze skrytki spod stołu pistolet po ojcu i ruszył w stronę pokoju na końcu korytarza.

– Ktoś tam jest? – spytał półgłosem. Zanim Stefan zdążył otworzyć usta, Arek wpadł do pokoiku jak burza. – Kim jesteś? – zapytał i wycelował we wstającego z podłogi Jonatana.

– Stój! Spokojnie, przygarnąłem go – pospieszył z wyjaśnieniami młodszy brat. – Spotkałem go w pobliżu getta i…

– To Żyd? – Arek wszedł mu w słowo. – Wziąłeś Żyda z ulicy i pozwoliłeś mu spać w pokoju matki? Idioto!

– Ona chciałaby, żebyśmy pomagali innym!

– Jedyne czego chciała, to żebyśmy przeżyli! – wrzasnął Arkadiusz. – Naraziłeś nas, durniu! W każdej chwili mogą tu wpaść i nas aresztować! A ty na dodatek zasnąłeś, mając Żyda w pokoju obok… – Wskazał głową na przerażonego Jonatana. – Nie wiesz, kim on tak naprawdę jest. Może to złodziej albo kapuś? Pomyślałeś przez chwilę? – Wciąż trzymał pistolet na wysokości klatki piersiowej zbiegłego z getta trzydziestolatka. – I jeszcze pozwoliłeś mu leżeć na tym łóżku, gdzie zaledwie miesiąc temu umarła mama…

– Przestań! – krzyknął Stefan. – Chciałem zrobić coś dobrego, tak nauczyli nas rodzice.

– Nie mieszaj ich do tego – warknął blondyn. – Ja za to zrobię coś mądrego – dodał, po czym odbezpieczył broń i lufą wskazał Żydowi drzwi.

Stefan rzucił się na Arka, który zupełnie się tego nie spodziewał i tylko dlatego pozwolił zwalić się na podłogę. Uderzył starszego brata w twarz i przygwoździł go swoim ciałem. Nie wytrzymał jednak długo. Po jego brzuchu rozlała się fala bólu od ciosu, który go od niego odrzucił. Od trafienia pięścią w szczękę aż zakręciło mu się w głowie. Nie poddał się jednak i próbował zyskać przewagę, szarpiąc się i kopiąc. Przez przypadek potrącił lampę, która spadła prosto na kark Arkadiusza. Jonatan wciąż stał blady pod ścianą przy łóżku.

– Co ty robisz, do cholery?! – Arek górował nad nim, przyciskając go do podłogi.

– Nie pozwalam ci wyrzucić tego, którego uratowałem – wyrzucił z siebie Stefan i z zadziwiającą jak na poturbowanego szybkością sięgnął do dłoni Arka znajdującej się niebezpiecznie blisko jego twarzy. Do dłoni, w której wciąż tkwił pistolet. Potem wszystko potoczyło się szybko.

Echo wystrzału rozniosło się po pomieszczeniu.

Odgłos opadającego ciała Jonatana na posłanie już nie.

 

Stefan siedział oparty o komodę, a Arek o drewnianą ramę łóżka. Oddzielała ich leżąca lampa i położony obok niej pistolet. Młodszy z braci wertował notatnik zabitego Żyda. Strony zapisane nigdy niewysłanymi listami do żony, którą chciał odszukać. Jego wzrok zatrzymał się na ostatnim z nich. Budzę się z nadzieją, że was odnajdę. Że tam, gdzie niegdyś jeździliśmy co niedzielę, jest wam dobrze. Co jeszcze mi powiesz, Jonatanie? W głowie Stefana zaczął się formować plan. Przeglądał zeszyt dalej, szukając wskazówki, czegoś, co mogłoby go nakierować na nazwę tej miejscowości. Między kartkami Jonatan umieścił zdjęcia młodej kobiety. Na niektórych fotografiach występowała również dwójka dzieciaków. Jego rodzina.

– To był wypadek – wymamrotał Arek, a jego wzrok powędrował mimowolnie na broń.

Stefan wstał, głośno sycząc z bólu. Kuśtykając, skierował się w stronę drzwi.

– Dokąd idziesz?

– Obiecałem sobie, że ich odnajdę. Teraz już tylko to mogę dla niego zrobić.

– Pójdę z tobą – zaoferował Arkadiusz.

– Nie. – Stefan spojrzał w jego stronę. – Dla mnie jesteś martwy. Nie mam już brata.

Wyszedł, pozostawiając po sobie echo tych kilku słów, które okazały się jego własną, idealną etiudą rewolucyjną.

 

 

 

To ja, autorka opowiadania. Julia, jak ta od Romea. Czym się interesuję? Wszystkim po trochu. Od ponad roku uczęszczam na zajęcia tańca hip-hop, uwielbiam śpiewać i przede wszystkim tworzyć – przez taniec, rysunek i opowiadania właśnie. Moim ulubionym przedmiotem jest biologia i język angielski. Oprócz tego fascynuje mnie kosmos, a Stephen Hawking i jego czarne dziury śnią mi się po nocach. Wspieram także prawa zwierząt, uczestniczę w akcjach publicznych na ich rzecz oraz promuję weganizm i ekologiczny styl życia wśród moich znajomych. Tańczę hip-hop i słucham Chopina. Mogłabym dodać jeszcze, że kocham podróżować i opisywać moje ulubione miejsce. Do jakiej szkoły chodzę? Najlepszej, jaką mogłam wybrać – do mojego ukochanego LO VII we Wrocławiu. Rada ode mnie? Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie. Właściwie nie ode mnie, a od Mahatmy Gandhiego, ale mocno wierzę, że tak należy właśnie postępować.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Projekt sponsorowany przez Gminę Wrocław

 

Comments are closed