Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział we Wrocławiu

Marcin Wdowikowski

 

Urodzony w maju 1982 r. we Wrocławiu. Poeta, przyrodnik, pracuje i mieszka we Wrocławiu. Publikował w „Pro Arte”.

Woda w powietrzu

Woda w powietrzu. Nareszcie
wargi i język w pełnym porozumieniu.
Jak po wypłacie: zlizywanie dnia
i zatykanie dziur
pierwszym łykiem tygodniówki.

Zabrakło wiary. Chciałem sprzedać
złotego jezuska z całym jego
„Ufaj, będzie dobrze”. Wszędzie,
ale nie Tu. Jest jak w Etiopii,
inny układ, ale z pewnością słoneczny,

z gęstą krwią i piaskiem w żyłach,
tunele pełne zatorów i zakrętów,
po których coraz trudniej się podnieść.
A podnosić trzeba
nowe słońce nad tym samym niebem

i ten sam sen, a śni się o wodzie.

 

Bezsenność

Noc jest pełna ludzi spadających z bloków;
jeżdżą krzyże karetek,
policja przesłuchuje.

Jak w tanim dreszczowcu:
znikanie za plecami sąsiada.

Z okien i na niższych piętrach
sterczą haki ciekawskich kobiet,
zaduch wiesza zdumienie,
rozmywają się poszlaki,
jak zwykle nikt nie jest winny.

Nic nie wiem,
wezmę coś na sen,
na chorych proroków za drzwiami,

zbawienie.

 

W gościach, zamiast kawy

Każde spotkanie podobne do poprzedniego.
Za czymś tęsknimy, czegoś brakuje.
Prostej definicji lub jeszcze prostszej wiary

w to, że kieliszek nie przechyli się do pełna,
twarz nie odbije w suficie,
a każdą historię skończy inny morał

i wszędzie dobrze, byle nie pod stołem.

 

Ostatnim kursem

Jest dobrze –
jak na przystanku przed ostatnim nocnym:
nieczynna latarnia, nieczynny bankomat,
budka nieczynnego telefonu,
ciężkie połączenia myśli.

Nie odbieram;
dzwonią tylko niezapłacone rachunki
jak echa głosów na fałszywą nutę
i Ty wiecznie wyrwana z kontekstu.

Spowiadam się cierpliwym słuchaczom:
w kółko ta sama historia, w której zawsze
jestem czysty – mogę lać do pełna,
w szparach między oddechami
znaczę coraz mniej.

Już dobrze,
lepiej późno niż wcale, nawet ostatnim kursem,
wtulony w przystanek jak w kieszeń
patrzę w nadchodzące światło.

 

Zimny listopad

Stało się i nic tego nie zmieni;
z wazonu na stole wypełza maj,
a raczej to co z niego zostało.
Między mną, a drugą stroną:
suche, pokruszone liście, resztki ciepła,
para na szkle. Zaczęło się bombardowaniem.

Piję, bo picie zabija, a ja chcę zabijać.
Nie liczy się cena, liczy się pokój.
Wspomnienia padają jak muchy,
z każdym haustem. Powietrze smakuje prochem.
Strącam wazon. Odwrót na podłogę.

Szkło i woda zajmują kolejne pozycje,
w tle dreszcze i zziębnięte palce.
Poddaję się, niech zalewa,
podłogę oddam po roztopach,
zgnije, zawali się
z nią wszystko, co chciałem pamiętać.

 

Jeszcze raz

Idzie zima.
Kałuże szklą się w brzuchate lustra.
Za szybą ciemne blizny chmur
zacierane północnym wiatrem.
W uszach świst skrzydeł.
Całe niebo trzepocze,
kluczem zwisa w horyzont

ciepłych łóżek, jak na lekarstwo.
Spróbujmy kołysania i długich pocałunków
(ale tak, jakbyśmy się nigdy nie dotykali)
lub czegoś, co pozwoli wytrzymać,
jak gęsi puch
powoli opadać w kolejny raz.

Bardzo powoli.

 

Wielki las

Nie chciałem iść do wojska,
i bez tego padam, powstaje, więcej czuwam, niż śpię –
na komendę, rozkaz, a następnie z przyzwyczajenia.
Za pieniędzmi, których ciągle brakuje,
tarzam się w igliwiu zasieków, liściach wilczych dołów.
Nie mogę uciec ani zwolnić, nie mogę się zatrzymać.
Zataczam koła. Odliczam dni w oczkach łańcucha.
Podobno tak wygląda każdy początek:
trzeba się wsłuchać w muzykę zgiętych kolan,
gruchot i stukot, płacz i zgrzytanie zębów,
a po tym wszystkim miękka kora
w jamie pod dnem nieba.

Ojczyzna to las liściastych albo iglastych,
dla mnie bez znaczenia, póki daje cień,
ale kiedyś przyjdą ścinać i palić,
wtedy spuszczą z łańcucha
i przypłynie świadomość, a za nią krew.

 

Comments are closed