Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział we Wrocławiu

Katarzyna Szkrawan

 

’90, Wrocław, zakochana, filologia polska, laureatka.

 

Sobie

Piszę wiersze bez sensu,
Układam słowa nieładne.
Rymy są zbyt banalne,
Słowa krótkozadługie.
Krzyczę sama na siebie,
Wypełniam się po brzegi
Homogenispołecznie.
Barwna pustka aż piszczy
W mych ponadtouszach.
Wszystko mnie denerwuje,
Nic już mnie nie rusza.

 

Gala

Czerwony dywan.
Ma chyba kilometr.
Idę po nim.
Ale już wiem,
Że nie dojdę.
Wstanę.
Ale jeszcze chwilkę
Poleżę.
Próbuję wstać.
Nie mogę.
Czuję nad sobą drewnianą klapę,
Warstwę ziemi i kilka kwiatków.
To nie koniec, ale z Happy Endem.

 

***

Zniewoliły mnie skarpety, śmieci i robaki.
Później sztućce, majtki i powietrze.
Zniewolił mnie rytm dnia i to, że muszę spać.
Fakt myślenia i srania, i gadania od rzeczy.
Zniewoliła mnie wolność, bezgraniczność i jedność.
Miłość, wspomnienia i śmierć.
Zniewolili obcy, znajomi i telefony.
Zniewoliły prysznice, etyka, moralność i pióra.
I gdy już sobie to wiem.
I Ty wiesz to również.
Poddamy się wszyscy bez walki
Takiej kolei Nielosu.

 

***

Wykrzyczeć to wszystko,
I niech wiedzą.
A jak już będą wiedzieć,
To niech mi wydłubią
Krtań.
Bo będzie już po fakcie.
Tylko szkoda, że krtań
Wydłubią mi wcześniej,
Niż nauczę się mówić.

 

***

Ty.
Rysujesz palcem słoneczko
Na rozsypanym cukrze.
Ja.
Oblizuję piankę cappuccino
Z dolnej wargi.
Tamci.
Łapiąc się za ręce, oglądają
Prospekt zakładu pogrzebowego.
Tamci drudzy.
Tak naprawdę to już tylko on sam,
Bo ona wybiegła, trącając kelnerkę.
Tamta pani.
Nie, nie tamta. Ta w różowym.
Od 20 minut patrzy się przez okno
I czeka na kogoś. Banalne.
Te dwie dziewczyny przy drzwiach.
Mam nadzieję, że ten booski kelner
Zauważy numer telefonu na rachunku.
My.
I to opowieść wciąż nienapisana.

 

***

Koszmary budzą z krzykiem,
podchodzą do okna
i tępo gapią się w głuche podwórko.
Spoconą z zimna ręką
zaświecają nocną lampkę,
później stojącą obok lampę podłogową,
po drodze lampkę na biurku,
aż wreszcie żyrandol.

Dobrze, już dobrze, to tylko zły sen.

Przez podwórko przebiegł
prowadzony na smyczy pies sąsiadki
bez sąsiadki.
Drzewa na podwórku
nigdy nie były takie jak dzisiaj.
Drzew na podwórku nigdy nie było.

 

Oda do A.

te wszystkie freoniczne rurki z lodówek
będą naszymi ulicami
zabarykadujemy się tu
i stworzymy nasze małe galaktyki
będziemy jak wielkie nowonarodzone koteczki
ślepi nadzy i bezbronni
będziemy słuchać bezgłośnych zegarów
i zbierać resztki potłuczonych sumień

Comments are closed