Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział we Wrocławiu

Jadwiga Skowron

Ur. 3 października 1981 roku. Ukończyła filologię słowiańską na Uniwersytecie Wrocławskim. Tłumaczy literaturę ukraińską. Dotychczas publikowała w „Ricie Baum” i „Cegle”

Wieczność w sierpniu

Wieczność nie jest tylko abstrakcją. Tak się kiedyś złożyło, że przemówiła do mnie. Potem kontynuowałyśmy znajomość i w końcu postanowiłyśmy zamieszkać razem. Na razie ona mieszka u mnie, a w przyszłości ja zamieszkam u niej. Wieczność używa określenia, że „mieszka we mnie”. Kiedyś wymyśliłam fraszkę na ten temat: „Obciągnięte skórą kości – mieszkanie wieczności”. Kiedy to usłyszała, dobrotliwie się uśmiechnęła. Wolę sobie wyobrażać, że noszę ją w torbie między innymi szpargałami.

Wieczność ma perspektywę zupełnie odmienną od mojej. Niby jest ze mną cały czas, ale ja, żeby faktycznie przebywać w jej towarzystwie, muszę się trochę przestroić. Na przykład u mnie jest teraz sierpień, środa, godzina trzynasta piętnaście czasu wschodnioeuropejskiego, Lwów. Idę ulicą Iwana Franki z wujkiem i jego kolegą do Rynku na chłodne piwo. Dzień jest wyjątkowo upalny. O szesnastej pod Operą mam spotkanie z przyjacielem, a o dziewiętnastej zaczyna się mecz Polska – Ukraina, na który wybierają się wujek i jego kolega. Mija nas jeden autobus z polskimi kibicami, potem drugi. Test na patriotyzm. Ukraińscy celnicy mówią na granicy wszystkim Polakom: „Jedziecie do Lwowa zobaczyć, jak Ukraina wygrywa” – i są przy tym szalenie poważni.

Wujek ubranie polskiego kibica zostawił w domu, żeby nie prowokować. Założył zwykłą niebieską koszulkę i żółte szorty. W ten sposób nieświadomie stał się flagą ukraińską. Kolejny autobus zwalnia koło nas. Przez otwarte okna słychać, jak polscy kibice śpiewają, a jeden wychyla się, zaczyna grozić wujkowi pięścią i wykrzykuje: „Ej, ty, to Polska dzisiaj wygra”. Kierowca w samochodzie z tyłu trąbi ze zniecierpliwienia, więc odjeżdżają. Docieramy do Rynku i siadamy pod parasolem w ogródku piwnym. Ukraińscy kibice już tu są, polscy dopiero się schodzą. Wszyscy jednak zachowują pełną kulturę, poprzestają na śpiewaniu i chłodzeniu się piwem. Bez wątpienia żyjemy w czasach pokoju i przyjaźni polsko-ukraińskiej. Za cztery lata mamy wspólne Euro 2012, wspieramy prozachodnie ambicje Ukrainy, nasi prezydenci się lubią, ale dla mnie nie to jest najważniejsze.

Mecz się zbliża, więc wujek z kolegą wyruszają do domu po szaliki, flagę i resztę akcesoriów. W sąsiednim ogródku dostrzegam znajomych lwowian. Siadam z nimi, toczy się ciekawa rozmowa o gospodarce, kulturze, polityce i o sytuacji w Gruzji. Między biało-czerwonych a niebiesko-żółtych wchodzi grupa pięknej murzyńskiej młodzieży, najwidoczniej artystów występujących w ramach festiwalu etnicznego, który w tych dniach odbywa się we Lwowie. Mykoła żartuje: „O, to też nasi, właśnie wrócili z Krymu, nieźle się opalili”. Nagle ktoś bardzo głośno krzyczy tuż nad uchem Ostapa. Ten aż podskakuje, obraca głowę: „Pieprzony Lach”. Taaak, wszystko będzie dobrze, środek sierpnia, z nieba leje się żar, z kurków dystrybutorów – zimne piwo, wszyscy mamy wolne popołudnie i jesteśmy jeszcze młodzi. I żyjemy w czasach pokoju, przynajmniej w naszej części świata. Bogu niech będą dzięki. Potem kibice opuszczają Rynek i kierują się w stronę stadionu. Mykoła stwierdza, że powinniśmy szybko poszukać lokalu z telewizorem i zająć miejsca. Idziemy do najbardziej patriotycznej knajpy w mieście – do „Kryjówki”. W drzwiach wita nas partyzant z karabinem i żąda hasła. „Chwała Ukrainie” – mówią Mykoła i Ostap, „Bohaterom chwała” – odpowiada partyzant. Żyjemy w czasach dobrobytu, teraz wszystko może się stać produktem. Wolność słowa, wolność sumienia, wolny rynek. Partyzant rozlewa miedowuchę do małych metalowych kieliszków. Dziś wszyscy goście piją za zwycięstwo Ukrainy, piję i ja. Znajdujemy najbardziej odpowiednie miejsce i chłopcy zamawiają piwo. Ja mam umówione spotkanie z Rusłanem. Mykoła z Ostapem zapraszają, żebym go przyprowadziła do „Kryjówki”, bo na pewno też będzie chciał obejrzeć mecz.

Chwilę później pytam Rusłana, czy chce oglądać mecz. „Jaki mecz?” – pyta. „No, dzisiaj Polska gra we Lwowie z Ukrainą” – wyjaśniam. „Taak?” – dziwi się i prowadzi mnie na północ, w stronę Królewskiego Lasu. Rzadko się widujemy, ale zawsze mamy o czym gadać. Lubimy również szwendać się po mieście i okolicach. Rusłan jest mi bliski, bo też nosi ze sobą wieczność – chowa ją w kieszeniach spodni, razem z komórką, przez którą namierza go satelita. Zresztą mnie też – ja noszę komórkę w torebce.

Chcemy zieleni, więc opuszczamy centrum, ale jest bardzo gorąco i dość szybko robimy pierwszy postój. Siadamy na skwerku pod iglicą z ciemnego granitu. Patrzymy na jej szczyt, gdzieś powyżej jest niewidoczna stąd antena na satelicie. Co chwilę nas namierza przechwytując sygnał z naszych komórek. Rusłan mówi o pomyśle wszczepiania ludziom czipów: „Najpierw będą wkręcać bydłu, że to dla elit, że ułatwia życie, może nawet trzeba będzie za to płacić, a potem zaczną czipować na skalę masową. Do niepokornych będą strzelać specjalni snajperzy. Dostaniesz czipem gdzie popadnie – w plecy, brzuch albo głowę. Wtedy nie da się go usunąć. Bo jeśli wczepią go w prawy nadgarstek, to w ostateczności będzie można obciąć sobie rękę”. „A ty co zrobisz, kiedy cały ten proceder posunie się tak daleko?” – pytam – „Bo ja zamierzam wtedy porzucić cywilizację i zamieszkać w jaskini gdzieś w lesie”. „Wiesz ilu będzie takich jak ty?” – odpowiada – „Nie zmieścicie się w jaskiniach, poza tym łatwo będzie namierzyć taką liczną grupę”. „To zwieję na Syberię” – stwierdzam. „Syberia w tym czasie zmieni się w Meksyk, wszyscy będą uciekać na Syberię. Albo nie, w rzeczywistości będzie jednak inaczej. Propaganda przygotuje wszystkich tak, że będą się ustawiać w kolejki. Będą marzyć o czipie, dzięki któremu zapłacą za zakupy w supermarkecie bez gotówki i plastikowej karty, po prostu z pełnym wózkiem będą przejeżdżać przez bramkę ze skanerem, który sam wszystko policzy i odejmie odpowiednią sumę z ich wirtualnego konta. Potem otworzą samochód bez użycia kluczyków, zapakują te zakupy i pojadą do domu. Będą się czuć bezpiecznie, nawet w czasie trzęsienia ziemi lub huraganu, bo jeśli przysypią ich gruzy, ekipa ratunkowa bez trudu ich odnajdzie dzięki sygnałowi nadawanemu przez czipy”.

Ruszamy uliczką w górę. Nawet nie słyszymy, jak nasze komórki porozumiewają się z satelitą. Myślę, że tego typu paranoje są mało groźne.

Kupujemy brzoskwinie i wodę i idziemy do lasu. Po drodze mijamy stare kamienice, zaglądamy do bram i piwnic. Ulica leży na stromym zboczu, piwnice z jednej strony wystają, a z drugiej chowają się dwa poziomy pod ziemię. Kiedy nachylamy się nad nimi, wieczność zagląda razem z nami, ale my nie zauważamy jej, bo rozmawiamy o cenach mieszkań. Potem mijamy cmentarz i wchodzimy do lasu. Długo idziemy stromą ścieżką, aż w końcu siadamy nad urwiskiem i wyciągamy brzoskwinie. Słońce zachodzi za wysoką anteną. Komary już nas zauważyły i zlatują się na kolację. Patrzę na zegarek – minęła pierwsza połowa meczu gdzieś tam w dole na stadionie. Komary próbują nam wyssać trochę krwi, my próbujemy im na to nie pozwolić. Niebo robi się pomarańczowe. Broniąc krwi staramy się wznieść nasze myśli ku gwiazdom, które zaraz się pojawią, ku mgławicom planetarnym i czarnym dziurom, których gdzieś tam w górze jest pełno. Rusłan sądzi, że dożyjemy czasów, kiedy ludzie będą podróżować na Marsa. Ja i tak bym nie skorzystała. Nie czuję potrzeby.

Musimy wracać zanim się ściemni. Kiedy schodzimy stromą, brukowaną uliczką, widzimy niebo. Żeby mieć lepszy widok idziemy środkiem jezdni, od czasu do czasu, kiedy przejeżdżają samochody, schodzimy na krawężnik. Potem z jednej strony uliczki dostrzegamy pustostan, który nas strasznie korci, ale drzwi są solidne i solidnie zamknięte, więc ze zwiedzania nici. Schodzimy jeszcze niżej i w końcu siadamy na pozostałościach wału okalającego kiedyś Stare Miasto. Wspominamy znajomych, z którymi straciliśmy kontakt. Dochodzę do wniosku, że życie nie daje nam żadnych gwarancji. Nie trzeba palić, żeby zachorować na raka. Nie wiem, czy dożyję następnego dnia. I dlatego chcę przeżyć każdy moment bardzo uważnie, wchłonąć w siebie każde wrażenie i odczucie, które przychodzi w tej chwili: dotyk krawężnika, gorące, wieczorne powietrze, zapach potu, który pokrywa mnie i Rusłana, dźwięk silników przejeżdżających w dole samochodów. Przez chwilę milczymy. Mija nas duży pies ze swoim właścicielem. Nie zwracają na nas uwagi. Chwilę potem w przeciwną stronę idzie towarzyski pudel, który zatrzymuje się koło nas i nawet daje się pogłaskać. Parę kroków za pieskiem podąża jego właścicielka.

Patrzę na budynki, okna, dachy i przypominam sobie o wieczności, która leży sobie spokojnie w torebce. Zawsze jest spokojna, nie gniewa się i nie egzaltuje.

Chwilę później nadbiega duży pies, za nim pudel, a jeszcze dalej idą razem ich właściciele. „Popatrz, spotkali się” – szepcze mi na ucho Rusłan – „Kolejna damsko-męska historia”. Następnie pojawiają się pojedyncze oddziały kibiców, Polacy krzyczą „Polska”, Ukraińcy – „Ukraina”, nie wiadomo kto wygrał, ale nie przestało być spokojnie.

Wstajemy, bo czujemy, że pora się przemieścić. Omijamy Stare Miasto i kierujemy się na południe. Nie mamy odwagi wejść do ogromnego, ciemnego Parku Stryjskiego, bo za bramą nic nie widać, słychać tylko pijane głosy i brzęk butelek, ale w okolicy jest dużo interesujących podwórek, wchodzimy więc w pierwsze z brzegu. Na jednym z budynków widać dziwne znaki otoczone prostokątem. Wyglądają jak odbity szablon z napisem po gruzińsku. Z bliska jednak okazuje się, że to ślad po przyklejonej kiedyś tabliczce, którą ktoś posmarował klejem, robiąc przy tym zawijasy.

Wujek nie dał znać, dokąd poszli z kolegą, ani jaki jest wynik meczu, a ja nie mam kluczy, żeby dostać się do mieszkania. Krążymy więc wokół dzielnicy, w której znajduje się blok. Obchodzimy bazar, boisko, znajdujemy różne skróty przez podwórka. Dostaję esemes: „Zaraz będziemy”, więc kierujemy się w stronę właściwej ulicy. Po blokiem żegnamy się jak zwykle, czyli tak, jakbyśmy widzieli się po raz ostatni. Oboje się kleimy.

Wchodzę po schodach na drugie piętro i siadam pod drzwiami mieszkania. Dobrze mi. Przyjemnie jest krążyć nocą po mieście, mieć obok przyjaciela, a w torbie wieczność. Światło gaśnie. Włosy spadają mi na twarz i czuję, że pachną rumiankiem. Są jasne, ale teraz ich nie widać. Nic nie widać, również moich opalonych nóg i ramion. Być może kiedyś, będąc staruszką, też usiądę w ciemności i pomyślę, że dobrze jest żyć, zwłaszcza w sierpniu, i nie będzie widać moich zmarszczek i żylaków. A jeszcze później pożegnam się z tym „workiem z kośćmi i zamieszkam w wieczności”. Podnoszę głowę, światło się zapala. Znów widzę swoje nogi i ramiona, i krótką sukienkę w kropki. Właściwie to mam tylko jedną gwarancję: wieczność. Światło gaśnie. Na klatce zapada ciemność.

Comments are closed