Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział we Wrocławiu

Paweł Bernacki

  

Urodzony 1987 roku we Wrocławiu i ciągle w nim mieszkający. Student filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Poza poezją czynnie zajmuje się także krytyką literacką.  

♦  

Kawiarnia 

Gdybym był malarzem jak Vincent Van Gogh
I Paul Gauguin (patrz „Nocna kawiarnia” 1888
New Haven, Yale Uniwersity Art Galery)
Może udałoby mi się oddać klimat „Betonu”.
Te ściany czerwone jak włoskie południe
I splecione węże młodocianej więc śmiałej
Parki w rogu. 

Nie jestem malarzem – klepię wiersze.
Moja pisana „Kawiarni” nosi ślady musztardy
I tłuszczu z parówek jedzonych między jedną
A drugą strofą ekfrazy. Nikt jej nie powiesi
W Luwrze ani puści drukiem a przecież
Ma w sobie coś z prawdy albo chociaż
Zwyczajności. 

Wytarzana w atramencie, czarna na białym
Tle, z mięsa wyrosła, coś przecież znaczy
Choć daleko jej do Arles i błyszczy
Tylko w jednym monitorze. Coś musi znaczyć
Bo znaczą te wszystkie godziny ta parka te ściany
I te sceny zawisłe tuż przed zamknięciem.
Przynajmniej dla mnie. 

  

Pierwsza zima tego roku 

Zabrudzony śnieg zawęził nam ścieżki
I wyglądamy teraz jak jedna wielka
Ameba drżąca pod mikroskopem 

Szlag trafia nas jakby szybciej
Bo stojąc na przejściu jak sprinterzy
W blokach mamy coraz mniej czasu 

Trzeba zdążyć przed czerwonym 

A po strzale znowu pochłania nas
Jednokomórkowy peleton rąk
Nóg pleców i czapek 

Tej zimy tylko on jest dany 

  

Smutek na Marsie
              Z cyklu „Emo-wierszyki” 

Ciekawe zjawisko smutek
Nie przemija nawet kiedy mija
Cię zakochana para udająca kosmitów
Pokazują sobie języki a z palców
Robią czułki i machając nimi krzyczą „titititi”
Aż kiszki dęba stają 

  

Moi dwaj rabini 

Po obu stronach mojej głowy
Gdzieś w okolicach uszu
Ukrywają się dwaj starzy rabini
Patrzą sobie w oczy i grają
Ideami w ping-ponga 

Przez mały szeol mojej czaszki
Bez przerwy przebiega więc
Zaserwowane „tak”
Odbite „nie”
Zaserwowane „tak”
Odbite „nie”
Zaserwowane… 

Czasami mam dość ich krzyku
Zaserwowane
I wiecznego rwania pejsów
Odbite
Między jednym gemem
Zaserwowane
A drugim
Odbite 

Kruszą rakietki
Ping
A może to skwierczy tłuszcz
Pong
Którym się myjesz?
Piiiiiiiii 

  

Ewolucja 

Jeden chleb jedno wino jeden lud
Wiernie jednolity jak kamienny blok
Bez skazy i drzwi których szukam
Na zimnej śliskiej powierzchni 

W środku wszystko dzieje się na rozkaz
Klękanie wstawanie śpiewanie modlenie
Jakby człowiek był zbyt głupi
Na znalezienie Słowa 

Każda z nauk siostry Henryki
Cofa się tu razem Bogiem
A ja nie potrafię się modlić
Do pantofelka 

  

Poeta, rocznik ’87 

Brak jest doświadczeniem mojego pokolenia
Które nie musi już udawać rewolucjonistów
Bo tylko fabryki pozostały smutne jak
Zmęczony biało-szary tryptyk Barańczaka 

Za oknem ni chuja idei tak mówią
Poeci w średnim wieku którzy ciągle wierzą
Że mogą coś zmienić brejkaniem
Wszystkich ruli i wzruszeniem
Ramion 

Czasem zazdrościmy Kolumbom że mieli coś
Do odkrycia albo chociaż do zrobienia
Siedzimy przed monitorami rosną nam brzuchy
I cicho marzymy jak dobrze byłoby by być
Na wojnie 

  

Paweł 

Z Pawłem rozmawiam tylko o piłce
I wiem, że się na niej świetnie zna 

Potrafimy gadać godzinami o Lidze Mistrzów
Nie wiem czy ma rodzinę 

  

Gwiezdny cyrk 

„Pijana kobieta wpadła pod pociąg” 

Tylko u nas
Patrz jak jej ręce i nogi giną pod kołami
Jak jej nogi i ręce zdobią kaflowe perony 

Patrz jak umiera
I rodzi się na pierwszą stronę 

  

Pan od poezji 

Dwie godziny rżnął poezję 

Wstawał
Siadał
Krzyczał
Znowu wstawał
Rękami wymachiwał
Spojrzał za zegarek 

To już jestem wolny? 

Założył kurtkę
Wziął kluczyki
I wyszedł 

 

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.