Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział we Wrocławiu

Wojciech Radoch

Urodził się w marcu 1986 roku. Próbuje opowiedzieć pewne historie, w których ktoś opowiada inne historie – mniej pewne.

Szereg tekstów o śmierci, dekapitacji i krwi przelewaniu

I

(Bohater zaczyna opowiadać, czyli o pomieszaniu instancji nadawczych)

Myślałem kiedyś, że zostanę wielkim reżyserem filmowym, ale urwało mi nogi. Utrata nóg nie jest nawet dobrym tematem na scenariusz filmowy, więc scenarzystą też nie zostanę. Najprościej byłoby wybrać profesję samobójcy, ale żeby być w tym fachu dobrym, należy ograniczyć się do jednego tylko aktu czystego profesjonalizmu. A z czegoś żyć przecież trzeba.

Jedyne, co zostaje, to opowiadać. Opowiadać dalej – powtarzając się lub nie, będąc inter- i metatekstualnym, lub nie. Kląć los kaleki i los dawno przetrawionych przez ziemię kończyn, ale opowiadać. Zanurzyć się w opowieści i z niej czasem wyglądać. Oko puszczać. O nogach zapomnieć.

II

Zaskakująco i nagle zakończyło się życie mężczyzny, który pewnego wtorkowego popołudnia, po powrocie do domu zastał swojego kota, jedzącego kocie jedzenie z kociej miski, i zmarł.

Ów mężczyzna zawsze pragnął by pochowano go we fraku ojca – profesora znamienitego uniwersytetu. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności zamyślona pracownica pralni chemicznej, znajdującej się dwie przecznice od kaplicy, w której miał się odbyć pogrzeb zmarłego mężczyzny, pomyliła profesorski frak z damskim żakietem kroju doubeux, należącym do pięćdziesięcioletniej nauczycielki fizyki. Wskutek tej pomyłki nieboszczyk został pochowany w kobiecym stroju. Mało tego, do kaplicy, w której wystawione były zwłoki, wszedł młody Japończyk – student z wymiany – który przygotowywał referat dla swojej macierzystej uczelni o obyczajach funeralnych lokalnej społeczności. To, co zobaczył, tak go przejęło, że następnego dnia wrócił do rodzinnego kraju.

Siedział długo zamknięty w swoim pokoju i rozmyślał. Po czterech dniach doszedł do wniosku, że atak na Pearl Harbour był najlepszą decyzją w historii japońskich relacji politycznych z krajami Zachodu.

III

O szeregu tekstów, z którymi miałem w młodości do czynienia, Mortimer zwykł mawiać „To gówno!”.

Za każdym razem, gdy przybiegałem do niego z książką w ręce i krzyczałem rozentuzjazmowany „Patrz! Patrz!” i już chciałem coś opowiadać, coś pokazywać, o czymś rozmawiać, prosić o rady, czasem przepraszać, na pewno nie wplątywać się w długie i bezsensowne, nie przystające do tematu dygresje, Mortimer mawiał „To gówno!”. Robiło mi się trochę przykro, bo przecież były to sprawy dla mnie ważne. Ale cóż zrobić. Z domu wyniosłem przekonanie, że cudze zdanie należy szanować. Po chwilach milczenia odchodziłem, aby za jakiś czas znów powrócić krzycząc „Patrz! Patrz!”.

Jednym z najsmutniejszych momentów mojego życia był ten gdy, w wieku trzydziestu czterech lat na strychu rodzinnego domu znalazłem leżącego na boku Mortimera, a na jego kwadratowej podstawie dał się dostrzec napis: It’s a crap!-saying machine. Made in China.

IV

Przyzwoity tekst powinien składać się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia – mawiał pewien polonista – no chyba, że to rozbudowany kawał o Azjatach.

V

Dwudziestoczteroletnia dziewczyna imieniem Swietłana, z pewnej syberyjskiej wioski, miała dwa psy. Gdy jeden z nich zachorował, zaprzęgła drugiego do sań i wyruszyła do lekarza weterynarii, który przyjmował w miasteczku oddalonym od jej wsi o około dwadzieścia kilometrów.

Po wyczerpującym marszu dziewczyna dotarła do weterynarza, który po pięciominutowych oględzinach stwierdził, że zwierzę nie ma szans na przeżycie. Swietłana była zrozpaczona, ponieważ ten pies towarzyszył jej od dzieciństwa. Postanowiła, że zabierze go do domu i pozostanie z nim do samego końca. Gdy chciała wyruszyć z powrotem do swojej wioski, rozszalała się potężna śnieżyca i dziewczyna musiała zostać. W miasteczku przyjęto ją z uprzejmością. Po dwóch tygodniach śnieżyca wciąż rosła w siłę. Warstwa śniegu osiągnęła wysokość czterech metrów. Szanse powrotu Swietłany do rodzinnej wioski zmalały do zera. Najdziwniejsze w tej sytuacji było to, że umierające zwierzę ozdrowiało. Niestety mieszkańcy miasteczka w obliczu śmierci głodowej zdecydowali, że oba psy Swietłany zostaną zjedzone. Ich właścicielka oczywiście nie zgodziła się na to. Przewaga liczebna mieszkańców miasteczka nad obrończynią praw zwierząt była jednak na tyle duża, że nie tylko psy zostały zjedzone, ale i Swietłana.

Morał z tej historii w przypisie .1

VI

Można opowiadać rozmaite historie. Można mówić o nieudanych planach życiowych (jak kolega z pierwszego tekstu). Ale najatrakcyjniejsze jest opowiadanie o opowiadaniu. Tu mogę wszystko.

Zobacz, teraz zrobię herbatę. Robię ją przez „r”. Nie muszę wstać, jeśli siedzę, i iść do kuchni, o ile już w niej nie jestem. I w rzeczywistości nie ma żadnej herbaty. O jaką rzeczywistość chodzi? Zastanów się. Choć nie ma herbaty – zrobiłem ją. A ty ją widzisz. Rozumiesz już?

I najciekawsze – na końcu zazwyczaj jest kropka. Jeśli jej nie ma, to ktoś cię oszukał

VII

Niektóre rzeczy milkną, jak ptaki odlatujące jesienią, jak szczęśliwie zakończone historie miłosne, jak umierający w samotności ludzie.

Oto zasłyszana w pociągu relacji Szczecin – Przemyśl historia pewnej kobiety, której imienia nie pamiętam. Opowiadana przez dwie pyzate studentki pierwszego roku prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Owa kobieta doświadczyła w życiu wielu przykrości. Chyba ktoś ją w dzieciństwie bił lub molestował. Nie jestem pewny.

W momencie, gdy bohaterka opowiadania próbowała popełnić drugie samobójstwo – zapadłem w głęboki sen.2

VIII

Byłem kiedyś poetą, który zdawał sobie sprawę z tego, że jego wiersze są małowartościowe i że prędzej sprawdziłby się w pisaniu skeczów kabaretowych.

Zrezygnował z pisania. I nie przejęło go to zbytnio. Ożenił się. Otworzył własny dochodowy interes. Powodziło mu się. W noc czterdziestych urodzin zaczął zastanawiać się, czy faktycznie nie potrafił pisać. Kiedy doszedł do wniosku, że mógł spróbować pisania czegoś innego niż poezja, na przykład skeczów kabaretowych, zrobiło mu się smutno. Ten stan nie trwał jednak długo. Poeta zdecydował, że z samego rana napisze coś.

Moje serce przepełniła radość. I to do tego stopnia, że nie obudziłem się rano i nie napisałem niczego.

IX

(Ogród Luizy)

Moja najnowsza fikcyjna bohaterka, o dość poetyckim imieniu Luiza, wchodzi właśnie do swojego ogrodu.

Z początku wydaje się być pięknie. Wiosna potrafi zachwycić zielenią. Ptaki, rzecz oczywista, świergolą. Po chwili jednak na twarzy Luizy rysuję zaniepokojenie. Coś ewidentnie jest nie w porządku. Pewne elementy jej ogrodu nie są na swoim w miejscu. A to klomb, a to krzak róży. Na przykład niezapominajek wcześniej tu w ogóle nie było! Biedna Luiza. Cóż ona począć może? Zaczyna biec, lecz pozornie znajome ścieżki prowadzą ją w inne niż wczoraj miejsca. Jest zakłopotana. Zaczyna brakować jej powietrza. Szamoce się, chyba sama ze sobą. Nie ma innego wyboru.

Biedna Luiza. Nie wie, że jutro spotka ją to samo.

X

(Tekst dziesiąty – jubileuszowy. Na cześć Królowej)

Powszechnie znana jest praktyka szczególnego świętowania wydarzeń, wiążących się z okrągłymi liczbami. Dlatego postanawiam tekst dziesiąty ochrzcić mianem jubileuszowego i poświęcić go Królowej.

Królowa byłaby zapewne piękną kobietą, gdyby nie fakt, że nie miała nóg i była stara jak niektóre dęby w krajach zachodniosłowiańskich. Również jej uzębienie pozostawiało wiele do życzenia. Chcę być jednak wyrozumiały, więc zaznaczę, że w czasach, kiedy Królowa była młoda, coś takiego jak szczoteczka do zębów nie istniało. Z całą czcią dla Królowej – era kamienia łupanego nie wywodzi swej nazwy od materiału, z jakiego tworzono groty strzał czy narzędzia rolnicze, ale od sposobu czyszczenia zębów właśnie. Skoro już się wydało z jakiej epoki pochodzi jej ekscelencja, nie należy ukrywać, że zamieszkiwała jaskinię. Ale cóż to była za jaskinia! Pierwszorzędna. Przestronna. Doskonale wyposażona Niejedna późniejsza Królowa zamieniłaby swoje atłasy, jedwabie, koronki, pudry i frykasy na jaskinię pełną surowego mięsa. No, może nie każda. Z pewnością jakaś część… bardzo, zapewne, niewielka… bliska zeru. Nie okłamujmy się – żadna Królowa nie chciałby być Królową, na cześć której powstał tekst dziesiąty – jubileuszowy. Ale my ją kochamy! Tak jak wielu kochało. Trzeba sprostować, że gdyby tak wielu jej nie kochało, zwłaszcza zimą, nie miałaby bidulka co jeść. W końcu nie samym korzonkiem człowiek żyje.

W każdym razie: Niech żyje Królowa! Niech żyje!3

XI

Przyzwoity tekst powinien składać się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia – mawiał pewien polonista – no chyba, że to rozbudowana biografia nauczyciela WF-u.

XII

Od tego momentu obiecuję, że wraz z kolegą postaramy się nadawać tytuły wszystkim tekstom, następującym po tym, który właśnie czytasz.

Taki napis zobaczyłem na południowej ścianie supermarketu, w którym kupuję mleko. I jedno było dla mnie jasne od razu: to było napisane Arialem. Times New Roman nie nadaje się do pisania po murach. Wiem z doświadczenia. Obawy wzbudzał fakt, że nikt tego nie wyjustował.

W jakim świecie my żyjemy? Nie ma już żadnych wartości. O cenach benzyny nie wspomnę.

I nie wspomniał, bo tydzień później dwaj byli mleczarze – uciekinierzy z zakładu penitencjarnego, mieszczącego się w niewielkim miasteczku oddalonym o około pięćdziesiąt kilometrów koleją od jego rodzinnej miejscowości – poddali go okrutnemu aktowi dekapitacji w ciemnej uliczce przy północnej ścianie supermarketu, w którym kupował mleko.

Lokalna społeczność wyniosła tę męczeńską śmierć na piedestał, na skutek czego, po dwóch latach, w Kościele katolickim miał miejsce kolejny rozłam, który legł u podwalin upadku kultury europejskiej, a co za tym idzie –zapoczątkował dominację Azjatów na całym świecie.

Jedyny logiczny wniosek jaki, z perspektywy czasu, mogę z tych wydarzeń wyciągnąć to to, że tylko karaluchy są w stanie przetrwać wybuch bomby atomowej.

XIII

(Tekst świadczący o odwadze)

Pewnego dnia pewien odważny młody mężczyzna wyrżnął w pień całą wioskę starców, kobiet i dzieci.

I chwała mu za to.

XIV

(Instynkty)

Pewien mężczyzna imieniem Hans w młodości miał romans z dużo starszą od siebie kobietą.

Po dwóch miesiącach kobieta porzuciła Hansa, krzywdząc tym samym niemiłosiernie jego młodzieńcze serce i skażając umysł. Przez wiele następnych lat Hans nienawidził kobiety szczerze i życzył jej wszystkiego, co najgorsze.

W trzydziestym czwartym roku życia, przechodząc obok ciemnego zaułka najpierw usłyszał, a następnie zobaczył jak dwóch potężnych Azjatów gwałci ową kobietę. Z wrodzonego tchórzostwa Hans nie interweniował i nie wezwał pomocy. Stał osłupiały. Najdziwniejsze, że gdy podrzynali kobiecie gardło, Hans nie pomyślał: Dobrze jej tak! Suka!

(…)

XX

(Bohater kończy opowiadać)

Myślałem kiedyś, że zostanę wielkim reżyserem filmowym, ale urwało mi nogi. Utrata nóg nie jest nawet dobrym tematem na scenariusz filmowy, więc scenarzystą też nie zostanę. Najprościej byłoby wybrać profesję samobójcy, ale żeby być w tym fachu dobrym, należy ograniczyć się do jednego tylko aktu czystego profesjonalizmu. A z czegoś żyć przecież trzeba.

Jedyne, co zostaje, to opowiadać. Opowiadać dalej – powtarzając się lub nie, będąc inter- i metatekstualnym, lub nie. Kląć los kaleki i los dawno przetrawionych przez ziemię kończyn, ale opowiadać. Zanurzyć się w opowieści i z niej czasem wyglądać. Oko puszczać. O nogach zapomnieć [bez kropki!]

1 Żaden, nawet najbardziej unaukowiony przypis, nie jest w stanie objaśnić siły natury i ludzkiej imaginacji. [przyp. aut.]

2 W imieniu narratorów Szeregu tekstów o śmierci, dekapitacji i krwi przelewaniu przepraszam czytelników za brak odpowiedzialności opowiadającego tę historię. Wszystkich zainteresowanych zapewniam, że kobieta, o której mowa w powyższym tekście, ma się dobrze i pracuje w telewizji.

3 Niech zdycha! Niech zdycha w naszej pamięci razem z Ministrami zmuszającymi biednych księgowych do pisania głupich jubileuszowych laudacji!

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.